Brat przeciwko bratu

Wielka polityka zmienia dzieje krajów i narodów. W obliczu historii losy poszczególnych jednostek, choć dramatyczne, są mało znaczące. Zwykli ludzie są tylko pionkami na szachownicy wielkiej gry. O niezwykłej historii dwóch braci, których II wojna światowa postawiła po przeciwnych stronach, opowiada Jacek Rosada - "Goniec Ziemi Wronieckiej" nr 1/2012.

    Dzisiaj opowiemy o losach kilku żołnierzy Kompanii Obrony Narodowej, rodem z Wronek, walczących Niemcami we Wrześniu 1939 roku.
(…) Pierwsze Bataliony Obrony Narodowej na terenie województwa poznańskiego sformowane zostały na zasadzie eksperymentu dla zebrania doświadczeń związanych z ich formowaniem i funkcjonowaniem pod koniec 1936 roku. Ich charakterystyczną cechą było to, że bataliony i kompanie przyjmowały nazwy od miast, w których znajdowały się ich dowództwa.
   Poznańską Brygadę Obrony Narodowej powołano do życia 2 kwietnia 1939 roku. Składała się ona z 8 batalionów: kościańskiego, leszczyńskiego, obornickiego, opalenickiego, poznańskiego I, poznańskiego II, rawickiego oraz szamotulskiego. W skład tego ostatniego wchodziły 3 kompanie strzeleckie: Szamotuły, Wronki i Pniewy.
  Kompania Obrony Narodowej Wronki została sformowana z ludności ziemi wronieckiej. Byli to rezerwiści starszych roczników, częściowo ludzie walczący w Powstanie Wielkopolskim i wojnie polsko-bolszewickiej. Na dowódcę wyznaczony został por. Kazimierz Zaremba, a jego szefem kompanii został st. sierżant Stefan Balcerek. Bazą dla tworzącej się kompanii stał się budynek Bractwa Kurkowego na Zamościu (...)
  (Wroniecka Obrona Narodowa – Dariusz Roszak, Wiesław Napierała, Wronki 1999)

   W połowie września Kompania Wroniecka znalazła się w okolicach Sochaczewa. W dniu 15 września w rejonie wsi Strzelce doszło do walki, w której 1 pluton wzmocniony dwoma ckm-ami, przez zaskoczenie zlikwidował zwartą kolumnę wojsk niemieckich. Żaden z żołnierzy wroga nie uszedł z życiem, a pluton nie poniósł żadnych strat.
  W tej walce szczególnie wyróżnili się dowódca 1 plutonu Wawrzyn Chojnacki i kapral Mikołaj Gogolewski - nasz główny bohater - o którego dalszych losach wojennych i konsekwencjach walki pod Strzelcami opowiada Jego bratanek, pan Henryk Gogolewski
.
   - Mój stryj Mikołaj należał do plutonu ciężkich karabinów maszynowych, bo taką specjalność otrzymał będąc w wojsku przed wojną. Do tego samego plutonu należeli również Wawrzyn Chojnacki - nauczyciel z Biezdrowa oraz Edmund Turkiewicz, Maksymilian Ławniczak, Edmund Cypel i Mieczysław Dąbrowski z Wronek. 
  Kompania cofała się w kierunku Warszawy. Pewnego dnia dowódca dywizji, pułkownik Modzyniewicz, dostał się w głupi sposób do niewoli. Działo się to pod Łęczycą. Po prostu wjechał samochodem w sam środek zgrupowania wojsk niemieckich.   Gdy zabrakło dowódcy, w żołnierskie szeregi wkradł się chaos. Poszczególne oddziały zaczęły się intensywnie wycofywać w kierunku Sochaczewa. W pewnym momencie zwiad doniósł, że niedaleko ich przegrupowuje się kompania niemieckiej piechoty. Dwa karabiny maszynowe, jeden mojego stryja, drugi Wawrzyna Chojnackiego dostały rozkaz, żeby dobrze się rozstawić. I te dwa ckm-y obsługiwane przez wronczan, rozniosły w puch całą kompanię piechoty nieprzyjaciela. Wystrzelali ich co do jednego. Niestety, miało to później tragiczne reperkusje, ale o tym za chwilę.   Krótko po tym wydarzeniu nasi bohaterowie dostali się w kocioł i w rezultacie trafili do niewoli. Ich kampania wrześniowa się skończyła, zakończyła się wojaczka.  Jako jeńcy wojenni zostali zgrupowani na stadionie miejskim w Łęczycy, gdzie czekali na transport do obozu jenieckiego. Jednego dnia, siedząc na murawie stadionu wraz Maksymilianem Ławniczakiem stryj zauważył, że jego kolegę bacznie obserwuje niemiecki oficer i zwrócił mu na to uwagę mówiąc:
- Słuchaj, ciebie bacznie obserwuje jakiś niemiecki oficer, który idzie w naszą stronę. Ławniczak spojrzał i powiedział: - Nie oglądaj się, to jest mój brat.

Bracia walczyli przeciwko sobie
   Co się okazuje. Rodzina Ławniczaków w czasie zaborów mieszkała w Niemczech. Mieli dwóch synów. Po 1918 roku wyjechali do Wronek z jednym z synów. Drugi pozostał u bardzo bogatej ciotki. Bracia rozstali się. Ten który pozostał poszedł do szkoły oficerskiej. Spotkali się po latach w bardzo nieprawdopodobnej sytuacji i nie zamienili ze sobą, jak opowiadał stryj, ani jednego słowa. Taki chichot historii i życia. Jakie były dalsze losy tego oficera, tego nie wiem (naprawdę to było trochę inaczej, o czym przeczytacie Państwo w opowiadaniu pani Teresy Babik, które publikujemy poniżej). Jeńców, w tym stryja, wywieziono do obozu jenieckiego Zampostell koło Hamburga.
   We wronieckiej kompanii służył również pewien rolnik z Lisabony pod Wronkami, który wraz z innymi dostał się do niewoli. To on doniósł w obozie do Gestapo, że stryj był jednym z tych, którzy wystrzelali całą kompanię piechoty niemieckiej we wrześniu 1939 roku. Na to doniesienie Gestapo zareagowało natychmiast. Przyjechało takich dwóch zbirów w czarnych mundurach, kazali przyprowadzić stryja i straszliwie go złomotali kolbami karabinów. Gestapowcy byli pewni, że go zabili i kazali stryja pogrzebać Ławniczakowi. Traf chciał, że Ławniczak był wyszkolonym sanitariuszem i w obozie poznał się z lekarzem obozowym, profesorem medycyny. Gdy Ławniczak zorientował się, że stryj jeszcze żyje, zaczął go reanimować. Wiedział, że rany są bardzo ciężkie i sam nic nie poradzi. Zwrócił się więc z prośbą o pomoc do tego profesora. Ten człowiek posiadał w pobliżu obozu swoją posiadłość ziemską, a jak się później okazało, był członkiem Schwarz Kapelle – niemieckiej podziemnej organizacji antyhitlerowskiej. Profesor wziął stryja, który nawet doznał wgniecenia czaszki, do szpitala obozowego i tam go uratował od niechybnej śmierci.
   Ponieważ stryj Mikołaj był bardzo sympatycznym człowiekiem, który dał się lubić, spodobał się swemu wybawicielowi, a że znał doskonale język niemiecki, to uczynił go swoim pomocnikiem. Pewnego dnia powiedział stryjowi:
- Mikołaj, pójdziesz na jakiś czas do mnie, do domu na rekonwalescencję.
   Nie trwała ona jednak długo, gdyż ktoś doniósł znowu na Gestapo, że stryj przeżył. Musiał wrócić do obozu, by nie zdekonspirować swojego zbawcy, a w którego zgiełku łatwiej było się ukryć.
   Gdy stryj wrócił do obozu, Niemcy zaczęli wysyłać jeńców do roboty na wsi. Mieli pracować w gospodarstwach, z których zabrano mężczyzn do wojska.

Wroniecka piątka
wraz z innymi jeńcami trafiła do jednej wioski i zakwaterowana została w świetlicy wiejskiej. Pilnował ich niemiecki wachman, który codziennie, wczesnym rankiem, rozprowadzał jeńców do pracy w wyznaczonych gospodarstwach. Wronczanie trafili do gospodarza, którego synowie zostali powołani do wojska. To nie był zły człowiek. Traktował Polaków tak samo jak Niemców, czego dowodem było spożywanie posiłków przy jednym stole. Na terenie Rzeszy taka zażyłość z „niewolnikami” była niespotykana, a wiadomym jest jak się do Polaków odnosili bauerzy. To było coś niezwykłego. Pozostali jeńcy jadali w chlewach w towarzystwie świń.
   Stryj opowiadał o pewnym niezwykłym wydarzeniu. Gospodarz hodował bardzo dużo świń. Nasi zatęsknili do kaszanki i świeżej kiełbasy i stryj zapytał gospodarza, czy jedno stworzenie nie można by było przerobić na kiełbasiane wyroby. Niemiec na tę propozycję zareagował bardzo nerwowo, bo tego nie wolno było robić nawet Niemcom. Mówił, że nie chce trafić do obozu, bo ktoś może usłyszeć kwik zarzynanej świni i donieść na policję. Przysięgali mu, że nikt tego nie zobaczy, ani nie usłyszy. Gospodarz w końcu się zgodził i ze strachu zamknął się wraz z całą rodziną w chałupie, że w razie wpadki, cała wina spadnie na sprawców tej niesłychanej zbrodni.

A co zrobili nasi „zbrodniarze”?
Postarali się o smolne drzazgi, podpalili je i podstawili świni pod nos. Ta zaczęła wciągać do płuc smolny dym i po krótkiej chwili była tak oszołomiona, że na nic nie reagowała i cała „egzekucja” odbyła się bez jednego kwiku, a jej ofiara w całości została przerobiona na kiełbasy ku ogólnemu zadowoleniu, a gospodarz tylko głową kręcił ze zdumienia jacy to Polacy są sprytni.
   Niestety, wszystko co dobre szybko się kończy. Jeńców zabrano z powrotem do obozu i przerzucono do Hamburga, do odgruzowywania miasta po alianckich nalotach. Pojechali razem ze swoim wachmanem, z którym weszli w wielką komitywę.
   Pewnego razu, za pozwoleniem wachmana, stryj oddalił się od grupy za potrzebą. Wówczas zauważył sklep z pieczywem, a o chleb codziennie się modlili. Bez pieniędzy, bez kartek na chleb, wszedł do środka i zaczął, mówiąc językiem dzisiejszej młodzieży, podrywać nie za bardzo młodą i urodziwą ekspedientkę. A, że był bardzo przystojnym i elokwentnym młodzieńcem mówiącym jak rodowity Niemiec, sklepowa zauroczona młodzianem dała mu dwa bochenki chleba błagając, żeby w razie wpadki jej nie wydał, bo by została wysłana do obozu koncentracyjnego. Stryj dał jej słowo honoru, że nic się nie stanie, schował chleby pod poły płaszcza wojskowego, jeszcze polskiego, i wyszedł ze sklepu. Nagle zauważył zbliżający się patrol żandarmerii. Wszedł do bramy którą właśnie mijał, pozbył się chleba i wyszedł na ulicę. Oczywiście został zatrzymany przez patrol i zrewidowany. Gdy zapytano go co tutaj robi powiedział, że musiał iść za potrzebą na podwórko i oświadczył, że wszystko odbyło się za zgodą wachmana, a on sam wraca do obozu. Niemcy stryjowi uwierzyli i puścili go wolno.
   Pewnego dnia w obozie rozpoczęto selekcję i wybranych jeńców przerzucano statkami do Norwegii. Jak się później okazało, dowództwo obozu poprzez tę selekcję chciało się pozbyć najuciążliwszych jednostek, z których sformowano cały batalion. Wysłano ich na fiordy do ciężkiej roboty, która miała się zakończyć śmiercią wszystkich, albowiem „wybrańców” uważano za największych wrogów III Rzeszy. Oczywiście, w tej grupie znaleźli się wszyscy wronczanie. Cały batalion przewieziono statkiem do miejscowości Staffanger, gdzie znajdował się obóz położony nad długim fiordem. Do pracy przewożono ich kutrami na drugi brzeg, na miejsce pracy. Stryj opowiadał, że

Komendantem obozu był major SS
straszny bandyta i zbir, który co chwilę obniżał jeńcom racje żywnościowe, przez co straszliwie głodowali. Tutaj muszę dopowiedzieć, że polskim jeńcom bardzo dużą pomoc niosła miejscowa ludność. Norwegowie wkładali żywność w dołki wykopywane w oznaczonym miejscu przez jeńców i przykrywali ją kopczykami z kamieni.
   tam osiedliśmy, to ojciec zaczął poszukiwać swojego brata poprzez Międzynarodowy Czerwony Krzyż i go odnalazł, tak, że mieliśmy z nim kontakt pocztowy. Pamiętam, że stryj prosił, żeby mu przesyłać suchary i papierosy. Tak też się działo. Gdy go przewieźli do Norwegii kontakt ten na jakiś czas się urwał. Ale stryj znał nasz adres, kontakt się odnowił i do Norwegii paczki też dochodziły.
   Wróćmy jednak do naszej historii. W Norwegii, dzięki doskonałej znajomości języka niemieckiego, stryj nawiązał bliższy kontakt z jednym z wachmanów, który przed wojną ożenił się z Polką. Pewnego dnia wymienił się z owym wachmanem: za papierosy dostał kiełbasę, którą schował pod poduszkę. Gdy wrócili z robót to w obozie zaczęła się wielka rewizja. Okazało się, że ktoś włamał się do magazynu żywnościowego. Stryj był pewien