Eugeniusz Tacik: Czekaj, ja cię jeszcze wyrzeźbię!

Z Eugeniuszem Tacikiem, rzeźbiarzem z Binina, twórcą wielu drewnianych rzeźb plenerowych w Wielkopolsce, rozmawiają Izabela i Piotr Wieliccy.

   Maleńka wieś Binino koło Ostroroga to urokliwa wieś, malowniczo usytuowana na niewielkich wzgórzach. Szkoda, że nie mamy więcej czasu, by dłużej tu pospacerować. Może innym razem. Dziś przyjechaliśmy w innym celu - chcemy bliżej poznać Eugeniusza Tacika, znanego w okolicy rzeźbiarza. Znamy już jego rzeźby, bo można je spotkać w niejednym wielkopolskim mieście, czy wsi. Ciekawi jednak jesteśmy jego pracowni i warsztatu.
   Dość szybko odnajdujemy jego dom, bo przed budynkiem sporo jest drewnianych bali, pachnących świeżym drewnem, i rzeźb oczywiście. Jest i sam gospodarz. Najpierw oprowadza nas po swoim obejściu, pokazuje letni warsztat i mnóstwo pięknie poukładanych i dobrze utrzymanych elektronarzędzi. Pierwsza obróbka drewnianych bali i kloców to przede wszystkim praca z piłą mechaniczną. Pan Eugeniusz ma ich sporo i bardzo o nie dba - to drogie i niezbędne narzędzia. Po chwili wprowadza nas do swojego całorocznego królestwa - domowej pracowni. Zacisznie tu i przytulnie. Gospodarz przyjmuje od nas zamówienie na kawę i herbatę i znika. Rozglądamy się ciekawie, bo rzadko mamy okazję oglądać pracownię artysty - to przecież takie osobiste miejsce. Wszędzie dłuta i inne, niezidentyfikowane przez nas, narzędzia. Sporo też rzeźb w różnych stadiach tworzenia, a także szkiców i dyplomów. Nagle wyrywa nas z ciszy głośny sygnał - to pan Eugeniusz kontaktuje się z nami z kuchni przez zmyślną łączność domową.
   - Kawa ze śmietanką? A herbata może być owocowa? - słyszymy rzeczowy głos gospodarza. - Odpowiadamy mu zaskoczeni i rozbawieni. - Kawa czarna bez cukru raz, herbata owocowa bez cukru raz. Już się robi - potwierdza zamówienie głos z głośnika i wkrótce gospodarz pojawia się z tacą.

Panie Eugeniuszu, jak to się zaczęło to pana rzeźbienie?
Zaczęło się dawno temu, od konkursu rozpisanego na okoliczność oddania centrum Zdrowia Dziecka, w którym brała udział młodzież z 49 województw, bo tyle wtedy było ich w Polsce. Mieliśmy bardzo fajnego nauczyciela, który "czuł bluesa" jeśli chodzi o sztukę. Pamiętam, że mnie i jeszcze kilkunastu chłopaków wciągnął na zajęcia pozaszkolne.

Do jakiej Pan wtedy chodził szkoły?
Do zawodowej. Najpierw była szkoła zawodowa, potem średnia, którą kończyłem w Poznaniu. I w tej szkole zawodowej, mając 17 lat, za namową naszego nauczyciela, wraz z kolegami, wziąłem udział w konkursie plastycznym, ogłoszonym w związku z oddaniem do użytku szpitala i wykonałem kilka rzeźb. Przeszliśmy eliminacje wojewódzkie i jako jedyni z województwa pilskiego - ja i Jurek Sroczyk - doszliśmy do finału w Warszawie. Wyróżnienie przyszło do szkoły, odczytano je na apelu - było bardzo fajnie. I wtedy naraziłem się dość mocno komunie. Bo chcieli, mając takiego zdolnego chłopaka, nakłonić go, żeby wstąpił do PZPR. Ale młody chłopak był tak cwaniacki i postawił ultimatum - coś za coś. Dostałem pięć dłut. Przez szereg lat nie wiedziałem, że pracuję najlepszymi dłutami, jakie produkowane są w Europie - firmy PFEIL. Do partii i tak nie wstąpiłem, bo przyszła odwilż, na którą wszyscy z upragnieniem czekaliśmy. Był to zresztą okres mojej młodości - okres, w którym buntowałem się przeciwko wielu rzeczom. W tym czasie byłem dość mocno związany z Pałacem Kultury w Poznaniu i z Jerzym Grupińskim - naszym wielkopolskim poetą z Wronek. Z jego bratem pracowałem w biurze konstrukcyjnym. Miałem więc ułatwioną drogę, by do niego dotrzeć. Sam trochę poetyzowałem i tak, mając kontakt ze znanymi twórcami i w takim klimacie, budowałem swoją osobowość. To środowisko miało ogromny wpływ na to, bym miał odmienny punkt widzenia na komunę - zupełnie inne spojrzenie.

Wracając do Pana nauczyciela, to był nauczyciel...
Rysunku technicznego. I był moim wychowawcą.

Czyli rysunek techniczny, ale gdzieś w duszy był artystą i Wam zaszczepił miłość do sztuki.
Tak.

Jak się nazywał?
Krzysztof Lis. Pochodził z Międzychodu.

Przedtem nie ciągnęło Pana do rzeźby? I dopiero udział w tym konkursie obudził w Panu tę pasję?
Tak jest. I potem już sam zacząłem tworzyć. To mnie bardzo zmobilizowało, że coś można - z tym co mnie spotkało - zrobić. Zacząłem rzeźbić.

A Wasza rzeźba wygrała w tym konkursie?
Nie. Dostaliśmy tylko wyróżnienie, ale to był ten kij, który nas popchnął dalej.

A co przedstawiała ta konkursowa płaskorzeźba - rzeźba? Pamięta Pan?
To było 38 lat temu. Nie bardzo już pamiętam.

A pamięta Pan swoją pierwszą, samodzielną rzeźbę? Swojego pomysłu? Co ona przedstawiała?
No nie. Ale dotarłem do pierwszych swoich prac z roku 78 i 79. Gdyby nie ten sam podpis, którym posługuję się od pierwszych rzeźb do dziś, to bym nie powiedział, że to moje prace. Tak bardzo zatarło się i tak mocno zmieniło się to moje rzeźbiarstwo - ta forma wyrazu w rzeźbach. Ja bardzo lubię trochę parodiować w swoich rzeźbach. Stosuję trochę satyry, trochę ironii i to mnie cieszy. Jeśli mogę coś wyrazić, czego nikt mi nie narzuca, to to jest własnie to. I takie moje rzeźby właśnie są. Ale te pierwsze moje prace były inne. Wtedy nie byłem jeszcze zdefiniowany, określony. Nie wiedziałem tak do końca, co chcę zrobić. Teraz już wiem, chociaż i tak się pewne rzeczy zmieniają, ale ciągotka do parodii w rzeźbach wciąż mi pozostaje. Lubię sobie robić humor z ludzkich przywar i to mnie najbardziej pociąga.   
   W całej tej swojej pasji rzeźbiarskiej jeździłem bardzo dużo po Polsce. Bywały takie lata, gdzie obsługiwałem rocznie ponad 50 imprez. W sobotę byłem w jednym miejscu, w niedzielę w drugim. Pamiętam taki okres, kiedy pracowałem w Obornikach i zajmowałem się obsługą reklamacyjną płyt obornickich i kiedy bardzo dużo podróżowałem. A do tego jeszcze dochodziło jeżdżenie na różne imprezy, jarmarki. W samochodzie woziłem więc kloce drewna i zatrzymywałem się w przyjaznych hotelach, do których musiałem zboczyć 30-50 kilometrów, ale w których mogłem rzeźbić. Byłem cały czas w trasie. Potrafiłem jednorazowo przejechać 700-800 kilometrów i jeszcze rzeźbiłem w hotelowej łazience. Jak wracałem z delegacji, to miałem czasem dwie, trzy rzeźby gotowe. Wracając w piątek około godziny 22, wyładowywałem wszystkie swoje rzeczy ze służbowego samochodu, ładowałem rzeźby do mojego samochodu i spieszyłem się, żeby rano na 8 godzinę w sobotę być we Wdzydzach Kiszewskich pod Gdańskiem, w najstarszym muzeum etnograficznym. I to po to tylko, żeby następnego dnia być w muzeum etnograficznym w Ochli koło Zielonej Góry. Albo jednego dnia byłem w Żarach, a następnego dnia już wcześnie rano byłem koło Stargardu Szczecińskiego. W następny weekend byłem już w Toruniu i znów wracałem do Ochli, bo akurat w tym dniu było święto winobrania czy coś innego. A warto było tam jeździć. Pracowała tam przesympatyczna pani kustosz - pani Basia Rybińska, która prosiła bym przyjechał. A w międzyczasie dostawałem dyspozycje służbowe z pracy i rozpiskę nowych delegacji.

Jak Pan rzeźbi, to jak to najczęściej bywa? Widzi Pan klocek i od razu Pan wie, co z niego powstanie? Czy samo drewno podpowiada Panu pomysł na rzeźbę? Czy odwrotnie - najpierw myśli Pan o tym, co chce wyrzeźbić i potem szuka do tego pomysłu odpowiedniego materiału, odpowiedniego kawałka drewna?
Najgorzej jest z tym, że ja wiem co chcę zrobić, tylko nie mam czasu żeby te wszystkie moje pomysły wyrzeźbić. Ja się cieszę, że mój umysł jeszcze tak pracuje, że cały czas chciałby coś robić. Mam mnóstwo tematów niezrealizowanych. Był taki moment, gdzie próbowałem sobie to wszystko udokumentować. Szkicowałem te rzeźby, które chciałem zrobić. Rysowałem moje pomysły, żeby mi nie uciekły.

   Pan Eugeniusz śmieje się filuternie. I widać, że jego głowa kipi pomysłami. Pokazuje nam grube teczki, z których wysypują się wręcz świetne i, pełne ekspresji, rysunki.

I to wszystko są niezrealizowane pomysły?
Nie. Część z nich już jest.

   Oglądamy rysunki, bo jeden ciekawszy od drugiego. Większość z nich to humorystyczne szkice, przedstawiające zabawne postaci i sceny, a gospodarz raczy nas anegdotami ze swoich podróży.

Kiedy Pan poznał swoją żonę, to był Pan już rzeźbiarzem. Czy wyrzeźbił ją Pan kiedyś?
Dwa razy mi się udało i mam dwie córki (śmiech). Nie. Nie rzeźbiłem mojej żony. A żonę mam wspaniałą. Pracuje w szpitalu na oddziale noworodków. Jest bardzo wrażliwa i bardzo przeżywa to, z czym spotyka się w pracy.

Nie była nigdy zazdrosna o to, że Pan tyle czasu poświęca swojej pasji?
Na wiele różnych imprez jeździłem z żoną. Bardzo często zabierałem też ze sobą córki. Dzięki nim mogłem zostawić swoje stoisko i pogadać z kumplami, wymienić się z nimi doświadczeniami. One pilnowały stoiska. Ale czasem nie mogłem na nie liczyć, bo wolały iść do znajomej pani kustosz.

Skąd Pan czerpie inspiracje do wykonania swoich rzeźb?
Z obserwacji życia. Patrzę na ludzi.

Czyli podgląda Pan ludzi i jak zobaczy Pan w nich coś charakterystycznego, to wykorzystuje to Pan?
Tak.

Czy to jest cecha charakteru, czy wyglądu?
I mimiki i charakteru. Czasami na jedną rzeźbę składa się kilka zaobserwowanych zjawisk. I to jest fajne. I takie, podpatrzone z życia, rzeźby sprzedają się najlepiej. A zwłaszcza, jak opowiadam o nich jakąś gawędę, to moment i już ich nie ma.
   Miałem kiedyś taką piorącą na tarze babę i do tej rzeźby wykorzystałem kawał, który kiedyś ktoś mi opowiadał. Trochę tylko go przerobiłem. No więc, będąc na jarmarku w Ochli opowiadam i opowiadam, coraz większy tłum ludzi zebrał się wokół mnie, a ja tylko patrzyłem, jak ludzie reagują i już miałem tematy na następne rzeźby. W pewnym momencie żona dzwoni, a ja nie odbieram. Ona dalej dzwoni. W końcu podnoszę słuchawkę, a przede mną stanęła pani i słucha jak mówię "Ech. Stara dzwoni" i trach odkładam słuchawkę. I ta kobieta mówi oburzona: "Jak Pan może tak żonę traktować!" Na co ja jej, niby w zaufaniu, opowiedziałem ten zabawny kawał o zdradzie żony, który pasował do mojej rzeźby praczki. Żeby ubarwić dowcip, mówiłem gwarą poznańską. Pani zdziwiona odeszła. Natychmiast kupił tę rzeźbę ktoś z tłumu, kto przysłuchiwał się mojej historii. Ale to nie koniec. Minęło półtorej godziny i znów wyłoniła się starsza pani i idzie do mnie, ale prowadzi cały szpaler wiaruchny swojej. I mówi do mnie tak: „Nie chcę spalić Pana opowieści. Musi Pan to wszystko opowiedzieć jeszcze raz". Okazało się, że ta grupa to wykładowcy z UAM z Poznania, a ona była etnografem.

Rzeźbi Pan tylko ludzkie postaci?
Przede wszystkim ludzi, ale zwierzęta też. W ubiegłym roku miałem takie ogromne przedsięwzięcie, naprawdę ogromne. Wykonałem dla Stowarzyszenia „Dolina Samy” rzeźby związane z tematem kozłów. W miejscowości Koźle przy głównej trasie są takie dwa moje trzyipółmetrowe kozły.

Ostatnio robił Pan dużo rzeźb na konkretne zamówienie, w związku z różnymi projektami.
Tak, ale przyznam, że wolę robić swoje rzeźby. Potrafię dla siebie machnąć w jedną sobotę pięć metrowych rzeźb, by skonany przez następny tydzień, nie móc utrzymać szklanki i nic już nie zrobić. Ale jak mam robić na zamówienie, to zajmuje mi to więcej czasu. Zastanawiam się nad wszystkim.

Tak się Pan przejmuje, aby rzeźba spełniła oczekiwania zamawiającego?
Tak. Jak robię dla siebie, to mam przed oczami jakąś głupią minę i raz dwa ją rzeźbię. A jak widzę klienta, to ja muszę go najpierw trochę psychologicznie rozpracować. Wybadać w rozmowie z nim, co on tak naprawdę w tej rzeźbie będzie chciał.

Jedną z wielu rzeźb wykonanych na zamówienie jest Wronkosława we Wronkach - postać grzybiarki.
Tak, to już ładnych parę lat temu zrobiłem. To miała być taka zdrowa, wiejska dziewucha.

Świetna jest ta rzeźba i dobrze, że pojawiła się we Wronkach. Brakuje tu takich ciekawych elementów. Rzeźba daje koloryt miastu. Mogłoby być ich nawet więcej, tak jak w Szamotułach. Tam stoi wiele pięknych rzeźb.
W Szamotułach jest niesamowity dyrektor Domu Kultury - Piotr Michalak. To jest człowiek, który się urodził do pracy w kulturze. Z aparatem fotograficznym, dyktafonem i kartką papieru przewędrował szmat Polski. Często nasze drogi się krzyżowały na jarmarkach sztuki. Były to jarmarki na wysokim poziomie. Handlarze chińskimi, plastikowymi zabawkami nie byli wpuszczani. Byli tam tylko ludzie sztuki. W jednym miejscu było często dziesięciu, dwunastu rzeźbiarzy. Była to okazja, żeby się wzajemnie poznać, pogadać.
   Wracając do Szamotuł. Jestem współorganizatorem pleneru rzeźbiarskiego - komisarzem. Odpowiadam za działkę rzeźbiarzy. Ja ich tu zapraszam. Mamy taki fajny, niepisany regulamin, że na każdym plenerze jest czterech rzeźbiarzy, którzy byli już na plenerze wcześniejszym. Następni czterej to są całkiem nowi rzeźbiarze, którzy nigdy wcześniej nie byli w Szamotułach. Staram się, z różnym skutkiem, co roku to kontynuować. Za każdym razem mamy inny temat prac rzeźbiarskich. W tym roku tematem będzie Szopka Bożonarodzeniowa. Jedną z ciekawych postaci na plenerze jest Piotr Staszak z Brudzewa. Znamy się już ze dwadzieścia lat i okazało się kilka lat temu, że on również jeździł kiedyś na plenery do Szamotuł, z tym że jako dziecko - ze swoim ojcem. Postanowiłem, że będzie on moim punktem plenerowego programu i zawsze będzie jego gościem. Jego rodzina ma niesamowite tradycje rzeźbiarskie. Jego dziadek był takim rzeźbiarzo-stolarzem i ojciec Zdzisław był rzeźbiarzem - niestety trzy lata temu zmarł. Plenery w Brudzewie są jemu właśnie poświęcone. Staramy się, żeby klimat naszych plenerów był bardzo rodzinny. Dlatego jest ograniczona liczba rzeźbiarzy. Tylko ośmiu zapraszamy.

Plener odbywa się w okolicach zamku Górków?
Dokładnie w parku zamkowym.

I ludzie zainteresowani mogą podpatrywać pracę rzeźbiarzy?
Mogą podglądać. Ludzie wchodzą między nas.

A czy Panu to nie przeszkadza, jak ktoś Pana obserwuje podczas pracy i patrzy Panu na ręce?
Nie. Nie przeszkadza mi to. W ogóle mnie to nie interesuje. Robię swoje. Może kiedyś byłem troszkę skrępowany. Teraz już nie. Generalnie my organizujemy te plenery dla siebie, żeby się spotkać. Oczywiście po to też, by wykonac rzeźbę, ale bardziej towarzysko. Plenerom szamotulskim przyświeca taka idea, żeby to nie był konkurs. Spokojnie sobie pracujemy. Zaproszeni rzeźbiarze przyjeżdżają bez żadnego stresu. W minionym roku przyjechało dwóch przesympatycznych Słowaków. Prawie ze łzami w oczach wyjeżdżali. A wiec o taki klimat na tych plenerach nam chodzi.

Jak długo trwa plener w Szamotułach?
Kilka dni. Piotr Michalak, dyrektor Domu Kultury, zapewnia także mnóstwo atrakcji dla rzeźbiarzy i społeczeństwa w okresie trwania pleneru. Są zapraszani przeróżni muzycy. Rzeźbiarze są bardzo uhonorowani, ciepło przyjęci. Jest naprawdę bardzo sympatycznie. W zeszłym roku był rzeźbiarz ze Sławna - Boguś Migel - przepięknie rzeźbi i do tego jeszcze gra na gitarze. Piotr zorganizował bryczkę, Boguś grał i wszyscy ze śpiewem jeździliśmy tą bryczką po całych Szamotułach.

Z tego co Pan opowiada, sukcesem tych plenerów jest to, że nie mają konkursu.
Tak. Dlatego jest tu taki klimat. Mamy się spotkać, mamy się zintegrować, mamy się cieszyć tym, że rzeźbimy i tę cząstkę siebie tu zostawiamy.

A miasto przecież zyskuje. Częściowo przynajmniej, rzeźby z plenerów zostają w Szamotułach i są ozdobą miasta.
Wszystkie zostają w Szamotułach. Po czterech plenerach w czterech miejscach w Szamotułach są zlokalizowane.

Nadaje Pan imiona swoim rzeźbom?
Nie, ale te moje gawędy są czasem zapamiętywane. Czasem mile, czasem nie. Bo zdarza się, że komuś nie podobają się moje prace. Ktoś tam zarzucił mi kiedyś, że nie potrafię się zachować, że szydzę. Myślę sobie: „Może ty facet nie umiesz się zachować. Ale czekaj, ja cię jeszcze wyrzeźbię !” (śmiech).
   Rzeźbiłem kiedyś taką postać dla Międzychodu. Międzychód postanowił upamiętnić jednego z mieszkańców z okresu międzywojennego. Był to Oskar Tietz. Dostałem jedno jedyne jego zachowane zdjęcie, które pracownicy Urzędu Miasta w Międzychodzie czy Domu Kultury znaleźli w archiwum niemieckim. Oskar Tietz dla Międzychodu zasłużył się tym, że zafundował do dziś funkcjonujące boisko, potem fontannę. Miastu zostawił sporo swoich środków i był założycielem sklepów - supermarketów. Udało się zawiadomić, o odsłonięciu rzeźby Oskara, rodzinę Tietzów, która mieszka w Stanach. Przyjechał jego bratanek i jak spojrzał na rzeźbę, to prawie się rozpłakał. Takie widział w nim podobieństwo.

Takie rzeźby plenerowe wymagają konserwacji. Czy jest Pan również proszony o konserwację swoich rzeźb po upływie jakiegoś czasu?
Nie i tak. Przeprowadzam czasami renowację. Czasami też konserwuję nowe rzeźby, ale unikam tego. Na rynku jest bardzo dużo środków konserwujących. Niestety, przy użyciu złego środka, rzeźba może zgnić. To właśnie spotkało rzeźbę Oskara Tietza.

Jaka jest żywotność takiej rzeźby? Ile może przetrwać?
Z plenerów organizowanych w Szamotułach około 30 lat temu, z wszystkich rzeźb zachowała się bez konserwacji jedna. Przy obecnej wiedzy na temat środków konserwujących, myślę że można ten wiek wydłużyć. Ważne, żeby środki chroniące drewno nie zawierały lakieru. Jak wilgoć wejdzie pod lakier, to już nie odparuje. Pokost z kolei przebarwia drewno. Ono czernieje po użyciu pokostu.

Woli Pan rzeźbić duże formy niż mniejsze?
Wszystkie wolę (śmiech). Ja się bawię tym. Może gdybym tylko z tego żył, to by było gorzej. Trudno pracować na zamówienie. Rzeźbię, kiedy mam chęć, kiedy mam wenę. Miałem robić naszego papieża. Przygotowywałem się do tego bardzo długo.

No bo to jest duża odpowiedzialność.
Powstała płaskorzeźba. Włożyłem w nią kawał serca. Robiłem ją dwa tygodnie. Wpatrywałem się w nią, odchodziłem, brałem się za coś innego, wracałem ze świeżym spojrzeniem - ciągle byłem niezadowolony. Czułem, że to jeszcze nie to, że trzeba jeszcze skorygować. Był to wizerunek papieża, który był wtedy po jakiejś chorobie i był taki zmęczony, cierpiący, walczący z bólem. Takiego papieża właśnie rzeźbiłem.

Zajmuje się Pan także snycerką. Wykonuje Pan drewniane elementy architektoniczne.
Tak. Miałem okazję robić neobarokowe ornamenty do organów nowo wybudowanego kościółka w Bieruniu na Śląsku. Cepką z Wronek wykonywał organy - około trzy tysiące piszczałek wmontował, a ja robiłem wszystkie neobarokowe ozdoby do tych organów. Uczestniczył w tym programie konserwator zabytków, który wszystkie projekty tych ozdób zatwierdzał.

Jakie drewno Pan wykorzystuje? Najczęściej chyba lipowe?
Różne. Ja w dębie rzeźbię, w buku, w gruszy, w topoli, w osice, olszynie brzozie. Staram się nie rzeźbić tylko w drewnie iglastym, dlatego że jest to drewno bardzo łupliwe i ma żywicę. Trudno jest wtedy zachować gładkość po szlifowaniu.

Mniejsze rzeźby wędrują najczęściej do osób prywatnych, do kolekcjonerów. A te duże, plenerowe mają miasta, np. Międzychód, Wronki, Szamotuły ...
Świebodzin, Zielona Góra, Świdnica, Przytoczna, Brudzewo, Chrzypsko Wielkie, Sieraków…

Niedawno wykonał Pan rzeźby dla wiosek tematycznych.
Tak. W Chrzypsku Wielkim, Wartosławiu, Lewicach i Rzecinie.

Są na pewno miejscową atrakcją. Każdy będzie mógł sobie zrobić przy nich pamiątkowe zdjęcie.
To jest bardzo miłe. I teraz jest taki czas, że trudno mi jest zachować swoją prywatność. Jestem już osobą rozpoznawalną. Trochę trudniej jest mi z tym żyć. Mam kontakt z dziećmi. Jestem zapraszany do szkół i idąc na ulicy słyszę czasem za plecami "Mama, ten pan był u nas w szkole".

No właśnie, a zwłaszcza w małych społecznościach trudniej jest zachować anonimowość. A proszę jeszcze powiedzieć, czym dla Pana jest Binino. Co Pan myśli o swojej miejscowości? Jak to się stało, że zamieszkał Pan tutaj?
Ja tu mieszkam od urodzenia. Zmieniłem tylko dom.

Kocha Pan to miejsce? Czy chciałby się Pan stąd wyrwać?
Też, ale tu się wraca. To miejsce ma swój klimat. Znam swoich sąsiadów. Wiem na co ich stać w stosunku do mnie.

Gdyby Pan miał zachęcić kogoś, żeby tu przyjechał, to co by Pan chciał pokazać?
Tu jest taki cichy zakątek. Wieś jest czymś takim, że nic nie zastąpi życia, jakie się tutaj odbywa. Nie chciałbym innego życia. Cała tutejsza społeczność się zna. Wszyscy o sobie wszystko wiedzą. Ktoś obcy się pojawia i już sąsiad wychodzi i mówi "Panie, nikogo tam nie ma w domu. Przyjdź pan wieczorem o 20.". W mieście tego nikt nie zrobi. W mieście nie znają się sąsiedzi zza ściany. Tutaj spotykamy się wieczorem, siadamy na moim drzewie - sześciu, siedmiu, ośmiu chłopa - pijemy razem piwko, paplamy. I nikt mi tego nie odbierze, kiedy widzę błyski na niebie, zbliża się burza, ciepły powiew wiatru, a my sobie siedzimy tutaj - na tym klocu drewna przed domem - i słyszymy klekot żurawi nad stawami. Gdzieś tam, bliżej jesieni, słychać rykowisko jeleni, bo porykują na polach - to jest klimat wsi. Tu się chce wracać z tego właśnie powodu.

Ale Pan jest artystą i Pan to czuje. Ale często jest tak, że ludzie, którzy mieszkają na wsi, nie zachwycają sie tym. To jest dla nich normalne i bardzo powszednie.
Nie, nie. Osoby, które tak reagują, to są to osoby, które nigdy nie opuszczają wsi. Nie mają porównania. Ale kiedy się podróżuje, chce się wracać. Zjechałem pół Europy, ale chcę tu wrócić. Tu jest mój dom. Jak mnie pytają na jarmarkach, skąd jestem, to odpowiadam: z najpiękniejszej wsi na ziemi wielkopolskiej. Tą wsią jest wieś Binino. Leży ona w najsłynniejszej gminie Ostroróg - z uwagi na to, że wywodzi się z niej najsłynniejszy historyk, a właściwie prawnik - Jan z Ostroroga, który napisał rozprawę "Memoriał o naprawie Rzeczpospolitej". Wieś Binino leży na skraju Sierakowskiego Parku Krajobrazowego, na pojezierzu jezior noteckich, wielkopolsko-noteckich.

   Musimy już wracać. Pan Eugeniusz i jego hiperaktywny, przesympatyczny pies Korek odprowadzają nas do wyjścia. Wracamy w dobrych humorach. Miło było nam poznać tak pozytywne miejsce, tak pozytywnego człowieka. I kto wie, może mistrz i u nas podpatrzył coś charakterystycznego i za jakiś czas nasze miny przybiorą jego nowe rzeźby?

Ostatnio zmienianywtorek, 05 lipiec 2016 22:18
  • Oceń ten artykuł
    (3 głosów)
  • Dział: Rozmowy
  • Czytany 5456 razy

1 Komentarz

  • J. Szałata

    J. Szałata

    Link do komentarza niedziela, 26, lipiec 2015 21:59

    Znam wielu rzeźbiarzy ale E. Tacik jest nie tylko świetnym Artystą ale także znakomitym gawędziarzem, który bardzo lubi ludzi. Dawno go nie widziałem i z przyjemnością przeczytałem ten jakże sympatyczny wywiad.Pozdrawiam serdecznie z Pszczewa!

Skomentuj

Powrót na górę