Roman Krzeczowski: Staram się czytać drewno

Z Romanem Krzeczowskim, szamotulskim artystą rzeźbiarzem, rozmawia Izabela Wielicka.

 Jak to się stało, że został Pan rzeźbiarzem?
- Ukończyłem liceum plastyczne w Poznaniu, ale pracuję w zupełnie innym zawodzie. Mieszkam w Szamotułach i związałem się z tutejszym Klubem Twórców "Łyni". Klub istnieje już 20 lat i zajmuje się propagowaniem twórczości regionalnej. Są tu panie, które robią koronki i oryginalne stroje szamotulskie. Są też panie, które malują. To w zasadzie profesjonaliści. W klubie są absolwenci akademii sztuk pięknych, a nawet profesorowie. Klub skupia też półprofesjonalistów - ludzi, którzy od kilkunastu lat zajmują się działalnością artystyczną. Należymy również do Poznańskiego Stowarzyszenia Twórców, która zrzesza około 90 osób. 
   Na początku zajmowałem się malarstwem, ale kiedy 15 lat temu związałem się z klubem szamotulskim, poznałem profesora Szwarca i pana Brzezińskiego i oni wprowadzili mnie w świat rzeźby. Profesor Szwarc skończył wiedeńską i krakowską akademię sztuk pięknych. Był wybitnym malarzem i rzeźbiarzem. Również pan Marian Brzeziński jest absolwentem dwóch akademii sztuk pięknych. To są moi nauczyciele rzeźbiarskiego rzemiosła. I oni mnie do tej rzeźby namówili.

Co najchętniej Pan rzeźbi? Jakie motywy są Panu bliskie?
- Twórcy z szamotulskiego klubu to ludzie, którzy kultywują starą polską tradycję. Ja też staram się to robić. Rzeźbię na przykład Chrystusa Frasobliwego. To taka typowa, polska rzeźba. Uczyłem się tego od starych mistrzów, no i to potrafię. Moją specjalnością są raczej rzeźby sakralne, kapliczki regionalne, anioły, ale nie stronię od rzeźby współczesnej. Powstało już kilkanaście kapliczek z moimi rzeźbami. Jedna z nich stoi w Baborówku - w przypałacowym parku państwa Święcickich. Sporą kapliczkę zrobiłem na zamówienie proboszcza z Kaźmierza z figurą wędrowca i Chrystusa Frasobliwego. Jest ich też trochę w Polsce.
   Współpracuję z Muzeum Zamek Górków w Szamotułach. Zrobiłem dla muzeum skrzynię szamotulską malowaną. Rzeźbiłem też weselne pary szamotulskie i pracowałem przy odtwarzaniu dziewiętnastowiecznej tradycji szamotulskiej i rzeźbiąc lole.

A co to takiego te lole?
- Lola szamotulska to jest taki kij, ale nie taki prosty, zwyczajny... Taki kij musiał być elegancki, pięknie rzeźbiony, malowany i zdobiony, na przykład w winogrona, liście lub inne motywy - w zależności kto jakie miał zdolności. Jak kawaler szedł do panny to musiał mieć taką właśnie laskę. Jeśli nie miał ze sobą loli, rodzina dziewczyny nie wpuszczała kawalera do domu.

Lola nadawała kawalerowi szyku?
- Tak. Kawaler z taką lolą musiał wyglądać szykownie.

Wykonuje Pan raczej małe formy? Czy zdarza się Panu pracować przy dużych rzeźbach?
- Większa moja rzeźba to właśnie ta w Kaźmierzu. Robię raczej drobne rzeczy. Nie mam w tej chwili dużej pracowni, a duże rzeźby wymagają jednak dużej pracowni, no i dużego nakładu. Taki spory pień drzewa kosztuje kilka tysięcy złotych.

Widzę, że wykorzystuje Pan kawałki drewna, ale również fragmenty konarów, korzeni - elementy prawdopodobnie znalezione przez Pana gdzieś w lesie lub ogrodzie?
- Staram się wykorzystywać naturę. To tutaj to kawałek jabłoni. Po wyczyszczeniu i niewielkiej obróbce powstała bardzo ciekawa forma.

Gdzie można zobaczyć Pana prace?
- Miałem kilka wystaw w muzeum w Szamotułach. Jeżdżę też po regionie. Pojawiam się często w Muzeum Rolnictwa w Szreniawie, w związku z różnymi imprezami. Od kilku lat jeżdżę też na piknik organizowany przez państwa Święcickich, który odbywa się podczas Festiwalu Jeździeckiego w Baborówku. Kiedyś miałem tutaj w Baborówku taką letnią pracownię. Tu jest bardzo dobry nastrój do pracy. Uczestniczę również w plenerach ogólnopolskich i regionalnych. Rzeźby sprzedaję głównie na targach sztuki.

Ile rzeźb już Pan wykonał? Liczył Pan kiedyś swój dorobek?
- Mam na koncie około 700 rzeźb - mniejsze, większe - różne. Cieszę się bardzo, bo to jest moja wielka pasja. Pracuję w innym zawodzie, bo ze sztuki trudno się utrzymać, ale ja nią żyję. Muszę powiedzieć jednak, że dorobiłem się profesjonalnych narzędzi. Dłuta są drogie, ale bez dobrych narzędzi wiele się nie zrobi.

Kto kupuje Pana rzeźby i które najbardziej się podobają?
- Tak jak wspominałem, miałem zamówienia z muzeum i kościoła. Kiedyś kapliczkę zamówili u mnie leśnicy. We wsi Smolnica jest stare drzewo, w którym - w wystruganej dziupli - znajduje się kapliczka z pięknym aniołem. W Baborówku, prócz tej kapliczki w parku, jest w pałacu moja rzeźba Maryi. Jej płaszcz pokrywa cały zestaw szamotulskich koronek. 
   Wykonywałem wiele rzeźb regionalnych, nie tylko w Wielkopolsce. W Lipianach, koło Bydgoszczy, stoi moja rzeźba przedstawiająca wodnika. Z miejscem tym związana jest legenda o wodniku, który utopił młynarkę. I tego legendarnego wodnika właśnie wyrzeźbiłem. Na różnych targach sztuki ludzie kupują zazwyczaj moje anioły. Zrobiłem ich ponad dwadzieścia. Cztery są w Watykanie. Pojechały z naszym muzeum wraz z wystawą ikon. Zostały wykonane specjalnie na prezent dla papieża.

Czy Pan również uczy rzeźby młodsze pokolenia?
- W szamotulskim domu kultury prowadziłem przez 4-5 lat pracownię i miałem tam swoich uczniów. Jeden z nich studiuje w tej chwili rzeźbę na Uniwersytecie Artystycznym. Drugi studiuje malarstwo. Czasem razem współpracujemy i uczymy się wzajemnie od siebie - bo ja się też od nich uczę.

Skąd Pan czerpie inspiracje, planując kolejne rzeźby?
- Między innymi podglądam przyrodę. Jakiś czas temu wpadłem na pomysł rzeźbienia owadów. Korzystam ze zdjęć makro, których szukam w Internecie. Wyrzeźbiłem żuka i świerszcza. To jest właśnie ten nasz polski świerszcz, który gra za kominem (śmiech). Zrobiłem też pszczołę - królową. Zamówił ją u mnie pewien właściciel pasieki.

Jakiego drewna Pan używa?
- Każde liściaste jest dobre. Najchętniej używam lipowego. Ma tak ułożone słoje, że można je ciąć we wszystkich kierunkach i jest podatne do rzeźbienia. Właściwie nauczyłem się rzeźbić w każdym drewnie. Patrząc na kawałek drewna staram się wykorzystywać układ słoi. Drewno samo czasem podpowiada co z nim zrobić, tylko trzeba je umieć czytać.

Jakich środków Pan używa do dekoracji i konserwacji swoich rzeźb?
- Sstosuję jeszcze stare metody konserwacji. Niektóre są niezawodne. Wosk pszczeli z pokostem powoduje bardzo ciekawą mieszaninę - do konserwacji nie ma nic lepszego. Wiele jest takich tajników starych mistrzów, na przykład gotowanie drzewa w oleju. Kiedy drzewo jest zbyt twarde, można wygotować je w roztworze oleju. Olej wchodzi w strukturę drewna i ono mięknie, robi się bardziej plastyczne. Ale im bardziej wysycha, kurczą mu się włókna i znów robi się kamień. Dlatego te wszystkie stare rzeźby w kościołach stoją tyle lat.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

Ostatnio zmienianywtorek, 03 luty 2015 19:33
  • Oceń ten artykuł
    (2 głosów)
  • Dział: Rozmowy
  • Czytany 7497 razy

Skomentuj

Powrót na górę