Zbigniew Górny: Jestem zasiedziałą Pyrą



Ze Zbigniewem Górnym, aranżerem, dyrygentem oraz kompozytorem piosenek, muzyki instrumentalnej i filmowej rozmawia Piotr Wielicki.

Urodził się Pan w Poznaniu. Jest Pan więc "poznańską pyrą".
Poznańską pyrą jestem już w trzecim pokoleniu. Można powiedzieć - pyrą zasiedziałą. W Poznaniu mieszkali moi dziadkowie i rodzice. Miałem co prawda mieszkanie w Warszawie, ale w zasadzie w nim nie mieszkałem. Tutaj także mieszka mój syn.

Czuje Pan duży związek z Poznaniem i Wielkopolską?
Czasami jestem dumny, a czasami jest mi dziwnie, że ten Poznań tak mało się eksponuje w Polsce. Przy takim potencjale, jaki tu jest: uczelnie, instytucje kultury czy przedsiębiorstwa - to miasto zasługuje na coś więcej. Mało nas w ogólnopolskich mediach, w polityce też nas nie ma. Kultura to: Kraków, Warszawa, Wrocław czy Gdańsk. Niby coś się tu dzieje, ale poza Poznaniem nikt o tym nie wie.

Ma Pan swoje szczególnie ulubione miejsca w Wielkopolsce?
Nie mam takich szczególnie ulubionych miejsc, ale jeżdżę po Wielkopolsce i to czasami nawet rowerem. Chociaż ... takim wyjątkowym dla mnie miejscem jest Rogalin. Chętnie tu bywam. Rogalin zawsze mi się podobał. Otoczenie pradoliny Warty to dla mnie coś bardzo wielkopolskiego. Podobnie okolice Zbąszynia z przepięknymi jeziorami. Kiedyś jeździłem do Pępowa - do pałacu, gdzie Telewizja Polska, z którą przez lata współpracowałem, miała swój ośrodek. I tam też była ta prawdziwa Wielkopolska, gdzie pachniało obórką. Natomiast marzę o tym, by zwiedzić szlak kościołów drewnianych. I to jest też trochę dziwne, że mieszkamy tak niedaleko takich miejsc, a jeszcze nigdy tam nie byliśmy.

A jako dziecko nie spędzał Pan wakacji na wsi?
Moje wakacje to głównie wypoczynek nad Rusałką.
Kiedyś przez jakiś czas miałem domek w Kiekrzu, ale nie miałem zbyt dużo czasu, by tam wypoczywać. Ale za to teraz od czasu do czasu jeżdżę właśnie do Kiekrza popływać na żaglówce. Myślę też o tym, by kupić niewielką działeczkę w Tucznie nad jeziorem Stęszewskim. To chyba jedyne miejsce w Wielkopolsce, gdzie w miarę regularnie jeżdżę od czterdziestu lat. Jak chcę się latem wykąpać - to jadę właśnie tam.

Czy Wielkopolska może być atrakcyjnym miejsce wypoczynku, zwłaszcza dla osób spoza regionu?
Na pewno jest tu duży potencjał w postaci pałaców, zamków czy dworków. Niektóre z nich są pięknie odrestaurowane. Ale jest jeszcze wiele takich obiektów, nie tylko pałacyków, ale też na przykład starych młynów czy wiatraków, które mogłyby przyciągnąć turystów. No i chyba nie ma takiego miejsca, o którym by się mówiło, że trzeba tam pojechać.

Czy Pana zdaniem Wielkopolanie umieją śpiewać?
Na pewna mamy swoje tradycje muzyczne. Zwłaszcza Poznań z Operą czy Teatrem Muzycznym od lat promuje kulturę muzyczną. Można powiedzieć, że miasto jest rozśpiewane, o czym mogłem przekonać się podczas swoich koncertów. Tam śpiewają wszyscy.

A tradycyjne, wiejskie muzykowanie?                                                                                     
To na pewno rejon Zbąszynka, gdzie tradycyjnie grało się na koźle. Nawet kiedyś dostałem taką miniaturę tego instrumentu w prezencie od jednego artysty, który od dziesięcioleci sam je wykonuje. Tam często całe wsie spotykają się na wspólnym śpiewaniu. I to nie tylko starzy. Wiele młodych ludzi uczy się gry na koźle, bo taka tam jest tradycja. I dobrze, że ją podtrzymują.

Uzdolnienia muzyczne odziedziczył Pan po ojcu, ale w zasadzie muzykowała cała rodzina.
Mój dziadek był ludowym skrzypkiem-samoukiem. Grał, co mu w duszy grało, a nikt go tego nie uczył. Mój ojciec natomiast uczył się w konserwatorium, ale w dalszej edukacji przeszkodziła mu wojna. Mama śpiewała. W domu zawsze był fortepian i już jako pięcioletni szkrab sobie brzdąkałem. Syn i wnuczka też muzykują. Można więc powiedzieć, że cała rodzina jest muzykująca.

Ale na gitarze nigdy nie nauczył się Pan grać?
Kupiłem gitarę i próbuję dobrać się do niej już po raz czwarty. Uczyłem się trzy razy i trzy razy się do tego instrumentu zniechęciłem. Bardzo bym chciał, a jakoś nie mogę. Na trąbce zagram, na fujarce czy skrzypcach też, a na gitarze nie potrafię. Mam jeszcze nadzieję, że będę kiedyś w miejscu, gdzie nie będzie komputerów czy komórek i wtedy dzień będę umilał sobie gitarą.

Widzowie i słuchacze, zwłaszcza ze starszego pokolenia, kojarzą Pana najbardziej z programów legendarnego kabaretu TEY i z Galą Piosenki Biesiadnej. Pana wielka przygoda z muzyką rozpoczęła się właśnie od Tey-a.
Kabaret TEY to początek mojego życia artystycznego i estradowego. Tam się uczyłem życia. To w zasadzie nie była praca, ale przyjemność. Był czas, że graliśmy wieczór w wieczór, ale nie robiliśmy tego dla pieniędzy. To po prostu było miłe spędzenie czasu. Teraz, po czterdziestu latach, „odkopałem” piosenki z kabaretów - i z TEY-a i z innych, w których uczestniczyłem w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, i robię taką galę piosenki kabaretowej od Zuli Pogorzelskiej do Andrusa, czyli od lat dwudziestych do roku 2015. I kiedy tak odkopuję te kawałki, to widzę, gdzie to się działo, na przykład na Famie w Świnoujściu. I teraz też w Świnoujściu będę miał premierę tego przedsięwzięcia. Gdybym tam tego nie zagrał, to tak jakbym swoje wspomnienia wyrzucił.

TEY i Estrada Poznańska otworzyły Panu drogę do kariery.
To była taka trampolina. Wtedy zacząłem robić pierwsze programy telewizyjne i nawiązałem kontakty z teatrami. I to moje pierwsze życie estradowe zaczęło się właśnie od TEY-a. Poznałem wielu ludzi, ludzie poznali mnie, nauczyłem się nowych rzeczy i tak to się zaczęło. Dziś bardzo żałuję, że to nasze miasto nie chce dać Zenkowi Laskowikowi miejsca, w którym mógłby eksperymentować, zapraszać ludzi, którzy mogliby debiutować, gdzie byłaby prawdziwa wylęgarnia talentów, tak jak to było kiedyś w TEY-u.

Potem była Gala Piosenki Biesiadnej i kolejny wielki sukces. To był Pana pomysł?
Galę muzyki Biesiadnej wymyśliliśmy wspólnie z Krzysiem Jaślarem. Wściekliśmy się na tak zwaną muzykę chodnikową, zwłaszcza ja. Do dzisiaj, kiedy trafiam na disco polo, ze wstrętem odwracam głowę, zatykam uszy. Bo to, co się wyprawia, to jest dla mnie niepojęte. I wtedy też to było niepojęte. Wszędzie, gdzie się weszło - do sklepu, knajpy, na stację benzynową czy na bazar - wszędzie szalała muzyka chodnikowa. Z dzieciństwa mam tyle wspaniałych wspomnień wieczorów spędzonych przy fortepianie czy akordeonie (bo mój ojciec grał też na akordeonie), że miałem taki niedosyt. Mamy tyle fajnych rzeczy do zaproponowania, a tu się epatuje taką prymitywną muzyką, którą, jak ja to mówię, byle chłopek-roztropek jest w stanie jednym palcem wystukać. A teraz, w dobie komputerów, każdy może być kompozytorem czy autorem tekstów i wydaje mu się, że jak skleci dwa zdania z rymem na końcu, to już umie pisać teksty. I nikt już nie wgłębia się w to, że przez lata powstało tyle pięknych tekstów Mogielnickiego, Kondratowicza, Moczulskiego czy Jacka Cygana. Dlatego właśnie wymyśliliśmy biesiadną. Stwierdziliśmy, że te teksty, jeśli nawet niektóre nieco infantylne, są lepsze od tego bełkotu.

TEY i muzyka biesiadna - z tym kojarzą Pana przede wszystkim Polacy. Niewiele osób jednak wie, że jest Pan autorem także muzyki filmowej. Przytoczę chociażby, znane przecież, obrazy „Karate po polsku” i „Pierścionek z orłem w koronie”.
Wielu ludzi ze zdziwieniem zadaje mi pytanie, czy to ja pisałem muzykę do tego czy tamtego filmu. A w sumie napisałem muzykę do kilkunastu dobrych filmów i to z dobrymi nazwiskami, jak: Wojciech Wójcik, Andrzej Wajda czy Piotr Szulkin. Może nie były to filmy kasowe, ale na pewno były to obrazy, które gdzieś tam w historii polskiej kinematografii mają swoje miejsce. I bardzo żałuję, że nie pisałem więcej muzyki do filmów, bo ja to bardzo lubię.

Pana działalność w branży muzycznej jest bardzo wszechstronna. Co Pan jeszcze planuje? Na emeryturę, jak Pan powiedział, jeszcze się nie wybiera.
Pomysłów mam rzeczywiście wiele. Leżą w kartonach - i to dosłownie. Ostatnio co prawda przerzucam się już na komputer, ale większość różnym materiałów mam właśnie w kartonach. Chciałbym coś zrobić dla telewizji, żebyśmy nie musieli co tydzień oglądać tych samych kabaretów. Żeby ludzie chociaż raz w miesiącu mogli obejrzeć dobry program, jak kiedyś na przykład Kabaret Starszych Panów. Pomysły są. Jak będzie hasło, to otwieram jeden z moich kartonów i jestem w stanie, w krótkim czasie, stworzyć fajny program.

Dziękuję za rozmowę i życzę, by zawartość kartonów ujrzała polska publiczność.

Ostatnio zmienianysobota, 05 wrzesień 2015 22:30
  • Oceń ten artykuł
    (3 głosów)
  • Dział: Rozmowy
  • Czytany 3093 razy

2 Komentarzy

  • Poznanianka

    Poznanianka

    Link do komentarza czwartek, 03, wrzesień 2015 23:12

    Oczywiście, że w Poznaniu są urokliwe zakątki, Stary Rynek i uliczki wokół - piękne. Ale patrząc globalnie na Poznań, trzeba przyznać, że brakuje mu takiej czarowności, indywidualności. Miasto ma ciekawą historię i potencjał, ale wykorzystuje się go wciąż w małym stopniu. Niestety, taka jest prawda.
    Świętujemy imieniny ulicy Święty Marcin, jest wielka parada, ale sama ulica w ciągu roku jest martwa. Brakuje trochę tzw. "polotu" w Poznaniu. Powstaje za dużo galerii, a zabytki, stare i piękne kamienice niszczeją. Coś się robi, ale to jeszcze wciąż mało.

  • Danuta Piestrzyńska

    Danuta Piestrzyńska

    Link do komentarza czwartek, 03, wrzesień 2015 21:12

    Poznań jest piękny ! W ubiegłą sobotę zachwyciłam się nim na nowo,te urocze uliczki wokół Starego Rynku,urocze kawiarenki ........ Byłam na zakończeniu spotkań Dancing Poznań,gdzie udział brały moje wnuczki,miasto tętniło życiem!

Skomentuj

Powrót na górę