Dominika Malina: Każdy może pomagać

Rozmowa z Dominiką Maliną - studentką, wolontariuszką, dziewczyną o złotych rękach i pięknym sercu.

Boże Narodzenie to czas, w którym szczególnie mówi się o pomaganiu innym - biedniejszym od nas i bardziej pokrzywdzonym przez los. Już sama tradycja nakazuje nam przygotować przy stole wigilijnym dodatkowe miejsce dla niespodziewanego gościa - dla kogoś kto jest tego dnia samotny i być może zapuka do naszych drzwi. Czy Twoim zdaniem Polacy kultywują ten zwyczaj tylko jako świąteczny rytuał bez większego znaczenia? Czy rzeczywiście są przygotowani na przyjęcie nieznajomego pod swój dach w tak ważnym dniu, gdy przy stole zgromadziła się cała rodzina? Ilu z nas zaprosiłoby go do środka?
Będąc dzieckiem zawsze chciałam, by właśnie tego wieczoru ktoś zajął puste nakrycie. Chciałam tej nowej sytuacji, zaproszenia do domu, udzielenia pomocy, poznania czyjejś historii. Chciałam, by tradycja ta zadziała się tu i teraz. Często nawet wyobrażałam sobie, że spędzamy wigilię z kimś nowym, kto dzięki naszej pomocy uśmiecha się i ma świadomość, że nie spędza tego dnia w samotności. Myślę, że wielu z nas pozostawia wolne nakrycie przy świątecznym stole dlatego, że taka jest tradycja. Od lat robimy to automatycznie i bez większego namysłu. Trochę jak sterowane behawiorystycznie zwierzątka. Robimy to, bo tak się robi. I koniec. To nie jest temat, który często się porusza. Dodatkowe, puste nakrycie jest przygotowane w każdym polskim domu, ale jak byłoby w zderzeniu z rzeczywistością i zapukaniem do drzwi nieznajomego w wigilię o 18? Nie wiem, nie chcę wrzucać wszystkich do jednego pudełka. Każdy byłby zaskoczony, to pewne. Jednak nie wiem czy wielu z nas ocknęłoby się po chwili i zaprosiło nieznajomego do środka, sadzając przy wolnym nakryciu, proponując herbatę na rozgrzanie i wigilijne potrawy. Dla każdego byłaby to pewnie nowa sytuacja, ale czy każdy potrafiłby się odpowiednio zachować?

Codziennie jesteśmy bombardowani w mediach złymi wiadomościami, oszustwami i kradzieżami. Boimy się nieznajomych, bo mogą okazać się oszustami. Rozsądek zamyka nas na innych. Niemal barykadujemy się w naszych domach. Nie jest dziś łatwo być otwartym i dobrodusznym. Może to powoduje dystans w stosunku do innych?
Oczywiście, że to może być złodziej, bandyta, pedofil, gwałciciel i tak dalej. A może to jednak normalny, dobry człowiek, któremu życie zawaliło się tuż przed świętami albo jeszcze wcześniej? My sami dziś możemy mieć rodzinę, dom, świetny samochód... Nie wiemy jednak, co przydarzy nam się nazajutrz. Wyobraźmy sobie, że z powodu przeciwności losu tracimy wszystko. Zupełnie nagle. Za chwilę jest wigilia. Jesteśmy słabi, samotni, pukamy do pierwszych lepszych drzwi, bez nadziei i większego sensu. Czy chcielibyśmy zostać pogonieni ścierką, bo ktoś nie znając naszej historii, bez namysłu uznał, że jesteśmy oszustami, złodziejami? Myślę, że nie. Nikt by nie chciał. Więc może szykując wolne nakrycie warto przystanąć na chwilę, usiąść i pomyśleć o tym, jaki jest sens tego „miejsca” i zastanowić się: jak ja bym się zachował? Może warto byłoby zaufać i podać komuś pomocną dłoń?

Dobroczynnością zajmuje się wiele znanych osób. Aktorzy, ludzie ze świata polityki, a nawet podróżnicy zakładają przeróżne fundacje. Cała Polska podziwia Owsiaka za jego Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Fenomen i ogromna skala tego przedsięwzięcia znana jest nawet poza granicami Polski. Ludzie z taką charyzmą i ze znaną twarzą mają na pewno większą siłę przebicia i mogą zdziałać więcej dobrego. Ale tak naprawdę każdy człowiek może zrobić coś dla drugiego. Ty jesteś najlepszym tego przykładem. Mieszkasz w małej wielkopolskiej wsi, masz dopiero 20 lat i jesteś tylko studentką bez większych możliwości i pieniędzy. A jednak robisz wiele dobrego w swoim środowisku. Nie jesteś obojętna na to co dzieje się w domu sąsiadki, która zawsze może liczyć na Twoją pomoc. Poświęcasz też swój wolny czas dzieciom ze świetlicy środowiskowej. Pomagasz im odrabiać lekcje, wymyślasz dla nich różne zabawy, przygotowujesz dla nich posiłki. Skąd bierze się w Tobie ta ciągła potrzeba dzielenia się sobą? Dziewczyny w Twoim wieku, co zresztą jest zrozumiałe, skupione są raczej na sobie. To przecież najpiękniejszy okres w życiu - czas wchodzenia w dorosłość i związanych z tym przyjemności.
Myślę, że znane twarze mają dużo łatwiej. Nie muszą się niczym legitymować, bo są po prostu rozpoznawalne. Sławni ludzie mają fanów, a dzięki temu pozyskują mnóstwo środków. Jest jednak bardzo ważne ale. Ci wszyscy ludzi słynący z pomagania zapracowali sobie na to. Ci ludzie byli kiedyś zwykłymi przechodniami, nie słynącymi z pomagania na przeogromną skalę. Zaczynali od zera. Tak jak każdy. Co to oznacza? Że każdy może pomagać. Każdy ma prawo zacząć. Ja, pani z kwiaciarni, czy osoba czytająca wywiad.
Pyta pani skąd bierze się we mnie ciągła chęć pomagania. Przyznam szczerze, że to trudne pytanie. Chcę pomagać i już. Dla mnie to oczywiste. Tak powinno być. Jak pomagam innym to na sercu jakoś lżej, a moje problemy przestają mieć aż takie duże znaczenie. Co nie znaczy, że od nich uciekam. Niektóre problemy po prostu okazują się banalne, wymyślone. Pomagając innym pomagam też sobie. Czuję się potrzebna, widzę sens w tym, co robię. Widzę uśmiech i sama się uśmiecham. To trochę zaraźliwe, ale wspaniałe, zapewniam. Poza tym, zamiast stać z boku i śmiać się z czyichś problemów, albo po prostu przechodzić obojętnie, warto zatrzymać się, zacząć rozmowę, zaproponować pomoc. Jak wcześniej wspomniałam, nigdy nie wiemy, co przydarzy nam się jutro i czyjej pomocy będziemy potrzebować. Ja pomagam dzisiaj tobie, jutro ty pomagasz mnie. To wzajemne uzupełnianie, dopełnianie. Nic bardziej prostszego, a jak skutecznego. Pomaganie jest sensem samym w sobie, uczy, uszczęśliwia, pozwala zbierać doświadczenia.
Młodzi ludzie skupiają się głównie na sobie -  jak Pani twierdzi. Ja również korzystam z młodości i całej masy przyjemności z tym związanych. Spotykam się ze znajomymi, podróżuję, a czasem pozwalam sobie na czyny nie do końca dozwolone. Siedzę godzinami, jak inni moi rówieśnicy, przed ekranem komputera i czytam wypowiedzi niekoniecznie najmądrzejszych ludzi. I czasem jeszcze pomagam. Żadne pieniądze nie dają takiej satysfakcji i korzyści, jaką jest świadomość niesienia pomocy. Najnowszy model smartfona i odpowiednia metka ubrań - tym teraz żyje wielu młodych ludzi i bywa to dla nich często podstawą do oceny drugiego człowieka. Radość z danej komuś pomocy nigdy się nie przeterminuje i zawsze będzie dla mnie ważniejsza niż wszystkie te materialne cuda.

Podobno przyniosłaś do świetlicy nawet toster, żeby zrobić dzieciakom tosty. Niby to nic wielkiego, ale podejrzewam, że takie wspólne tostowanie musiało być ogromną frajdą?
Tak, to była frajda. Dla dzieci, jak i dla mnie. Szkraby cieszyły się, bo było to coś innego niż typowe kanapki. Ciekawe podglądały i wyczekiwały, aż chlebek wyskoczy z tostera, wybierały ulubiony dżem i zajadały. A ja byłam cały czas z nimi. Wszystko działo się przy jednym stole: smarowanie chlebka, tostowanie i smakowanie. Dzieci wspólnie przygotowywały miejsce do posiłku, a potem sprzątały. Do tego oczywiście rozmowy, żarty, śmiechy. Wszystko to sprawiło, że atmosfera była przecudowna. Dzieci zjadły coś ciepłego i smacznego, a ja mogłam im to ofiarować. Jak sama Pani wspomniała, niby nic wielkiego, a jak cieszy.

Właśnie odbyła się w Kaliszu impreza mikołajkowa Twojego pomysłu. Udało Ci się pozyskać sponsorów, chodziłaś z puszką, żeby zebrać pieniądze potrzebne na upominki dla maluchów i asystowałaś Mikołajowi - wszystko to bezinteresownie. Zabawa się udała?
Udała się. Było lepiej niż sobie to wyobrażałam. Organizując ten dzień trochę się bałam, ale nie mówiłam o tym głośno. W ciszy postanowiłam sobie, że będzie to dla mnie wyzwanie, test sprawdzający moje możliwości. Powiedziałam sobie, że będę kierować się myślą ”wszystko się uda”. Tak też robiłam. Oczywiście były problemy. Zawsze są. Zabawa miała odbyć się 21 grudnia, ale los zmienił datę na 17 grudnia i wtedy też się odbyła. Dzieci odrobiły lekcje, potem poszły do stołówki napełnić brzuszki, wróciły i przyszedł miły, starszy, siwy (no może nie do końca) pan. Radość była nie do opisania. Każde dziecko dostało taką samą paczkę, śpiewając przed tym refren kolędy czy wykonując proste ćwiczenie sportowe. Następnie odbyła się mała sesja zdjęciowa. Każdy ma prawo do zdjęcia z Mikołajem, a co. Potem dzieci wraz z Mikołajem tańczyły w kółeczku i śpiewały świąteczne piosenki i kolędy. Gdy ich struny głosowe zaczęły odmawiać posłuszeństwa, maluchy zaprosiły Mikołaja na mały poczęstunek, a potem pożegnały, bo przecież inne dzieci też na niego czekają. W tle cały czas była muzyka świąteczna, unosił się zapach świątecznych pierniczków i słychać było radość dzieci.
 Atmosfera była cudowna, prawdziwa. Taka, że chciało się zatrzymać czas. Jestem pewna, że niejedna rodzina marzy o takiej świątecznej aurze w swoim domu. Obserwując to wszystko wiedziałam, że się udało. Dzieci tryskały szczęściem, a ja przełamałam w sobie wiele wewnętrznych granic i udowodniłam, że wystarczy chcieć, bardzo chcieć i dołożyć do tego działania.

Nie wątpię, że ta praca musi dawać Ci wiele radości i satysfakcji. Domyślam się jednak, że czasem Ci ciężko. Jak inni reagują na tę Twoją otwartość i zaangażowanie? Czy trudno Ci jest uzyskać pomoc w Twoich przedsięwzięciach i zdobyć wsparcie finansowe ?
Tak naprawdę zbieranie doświadczenia dopiero się u mnie rozpoczyna. Mówi się, że początki są trudne i pewnie jest w tym dużo prawdy, ale… Wszystko można. Reakcje ludzi bywają przeróżne, zaskakujące. Czasem pozytywne, kiedy indziej w tę drugą stronę. Jedni przyjmują z entuzjazmem moje pomysły, chwalą, wrzucają coś do puszki albo oferują inną pomoc. Drudzy z niecierpliwością czekają aż skończę mówić i nie kryją szyderczego uśmiechu. „Pomagać jej się zachciało, matka Teresa haha”. Tak pewnie niektórzy myślą. A niech myślą. Po spotkaniu twarzą w twarz z takim szyderczym uśmiechem wróciłam do domu, złapałam kilka uspokajających oddechów i przypomniałam sobie, jaki jest mój cel. I że nie pozwolę sobie, by coś takiego spowodowało, że te wyjątkowe dzieci nie dostaną paczek na święta, nie spotkają się z Mikołajem, i że wszystko co zaplanowałam nie uda się. Ważne, że ja wiem, czego chcę i robię wszystko, by to zrealizować. Tak więc z uzyskaniem wsparcia finansowego czy to w postaci przekazania owoców bywało różnie. Spotkałam kilka osób, których ciepło i dobro mnie zadziwiło. Kilka innych odmówiło, twierdząc że nie mam żadnego „papierka” świadczącego o akcji charytatywnej. I wcale im się nie dziwię. Wyrzucili mnie drzwiami to wróciłam oknem - z papierkiem. I dostałam to co chciałam. Kluczem do, pozwolę sobie nazwać, „sukcesu” bardzo często jest po prostu niepoddawanie się.

Co studiujesz i czym byś chciała zająć się w przyszłości? Czy jest coś, co wpłynęło na Twój wybór?
Studiuję na drugim roku pedagogikę resocjalizacyjną i penitencjarną na Wydziale Pedagogiczno-Artystycznym UAM w Kaliszu. W zaocznej szkole policealnej obrałam też drugi kierunek, który nazywa się „Terapeuta do spraw uzależnień”. Oba te wybory były świadome i celowe. Myślę, że przeszłość w jakiś sposób na nie wpłynęła. Nikt nie ma życia usłanego różami. Ja również nie miałam i nie mam. Problemy dokuczają ciągle i to z różnych stron. Nie trzeba być alkoholikiem, czy kimś zdemoralizowanym, żeby poznać takie życie. Można być też ofiarą. Może właśnie dlatego postanowiłam pracować z ludźmi, którzy mają problemy. Zawsze chciałam im pomagać. Resocjalizacja ma na celu przywracanie do społeczeństwa ludzi do niego niedostosowanych. Jest to też praca z trudną młodzieżą, a więc taką, która sobie z czymś nie radzi. A uzależnienia to coś, co bardzo często takim ludziom towarzyszy. Jednak głównie chodzi mi o dzieci - niewinne, bezbronne, ale jak cierpiące. Bardzo często pozostawione są bez pomocy. I to im właśnie trzeba pomagać oraz ich rodzicom. Wpływać na nich, by nie raniły swoich małych cudów, często nieświadomie. Nie chciałabym jednak zakończyć edukacji na tych dwóch kierunkach. Mam w głowie jeszcze kilka pomysłów, ale pozostawię je dla siebie. Nie chcę zapeszać. Jednak dziś jestem tutaj, studiuję, a jutro mogę rzucić wszystko, założyć wygodne buty, wziąć plecak i odkrywać świat spełniając marzenie podróżowania. Życie jest przygodą, a ja się na nią piszę.

Jak wiesz, celem naszego portalu jest ciągłe odkrywanie Wielkopolski. Zachęcamy do odwiedzania nie tylko najpiękniejszych i najsłynniejszych miejsc w naszym regionie, ale także do małych, nieznanych, prowincjonalnych miasteczek i wiosek. Odnaleźć tam można wiele zaskakujących rzeczy, np.: wyjątkowej urody kościółek; urokliwą choć nieczynną stacyjkę; stary dwór lub pałac - być może mocno zniszczony, ale za to kryjący ciekawą historię; a może piękne, leśne jezioro, w którym nie ma kąpieliska, ale ze spokojem można obserwować brodzące w nim czaple. Jednym słowem - magiczny klimat. Mieszkasz w małej wsi Stara Ciświca w powiecie konińskim. Czym dla Ciebie jest Twoja wieś? Gdyby przyjechała do Ciebie przyjaciółka, gdzie byś ją zaprowadziła? Co byś jej pokazała w Starej Ciświcy? Zdradzisz swoje ulubione tutaj miejsce?
Wieś, w której mieszkam jest dla mnie miejscem, gdzie powstało wiele wspomnień. Budowanie zamków z piasku, domek na drzewie, gra w piłkę na boisku, gdzie bramkami były drzewa i stodoła. Zjeżdżanie na sankach z górek znajdujących się zaraz za domem. Tworzenie baz, zabawy w chowanego. Pierwsze siniaki, koleżeńskie kłótnie, zawarte przyjaźnie. Nie ma okolicy, którą znam lepiej. Są lasy, lasy, lasy, jest Stara Ciświca i znów lasy, lasy, lasy i dopiero kolejna wioska. A ja mieszkam zaraz na końcu lasu i zarazem na początku wsi. Tuziny ścieżek leśnych, pagórków, żółtego piasku, wszystko to mam na wyciągnięcie ręki. Nie ma kina, kręgielni czy super klubów. Ale tutaj zawsze jest co robić, jeśli oczywiście odpowiednio dostrzeże się naturę. O każdej porze roku można wyjść na długi spacer do lasu i podumać. Zimą jest gdzie pozjeżdżać na sankach, latem dzieciaki mają wystarczająco dużo żółtego piasku do wznoszenia ogromnych budowli. Odgłosy ptaków, żab, dzikich zwierząt- wszystko to jest jak na tacy. Nie ma niczego lepszego od letniego wieczoru, rozpalonego ogniska tuż obok podwórka babci, wspólnych rozmów, wspominania „starych dobrych czasów” moich bliskich . Czas się wtedy zatrzymuje, a my egzystujemy i nie mamy nic przeciwko temu. I właśnie to jest moje ulubione miejsce, podwórko babci - oaza spokoju, gdzie problemy chwilowo przestają istnieć. To miejsce, do którego zawsze mogę przyjść i nikt mnie o nic nie pyta, nie rozkazuje, nie wygania. Stąd widać las, ścieżynki, pagórki. Ten krajobraz pokazałam chyba każdemu z moich przyjaciół.

Dominiko, bardzo dziękuję Ci za tę rozmowę i przede wszystkim za to co robisz. Obyś zarażała swoim entuzjazmem i dobrocią jak najwięcej ludzi, bo - jak powiedziała Matka Teresa z Kalkuty "Zawsze, ilekroć uśmiechasz się do swojego brata i wyciągasz do niego ręce, jest Boże Narodzenie". Niech więc Boże Narodzenie trwa jak najczęściej.
To bardzo piękny cytat. Święta Bożego Narodzenia to niewątpliwie najbardziej magiczny czas w roku i zawsze wyczekuję na ten okres z niecierpliwością. Żeby pomagać, nie trzeba jednak być gorliwym i praktykującym katolikiem. Kwestii mojej wiary sama nie jestem pewna, ale szczerze mogę przyznać, że czasem dobroczynność Kościoła i księży budzi moją wątpliwość. Może to zbyt sroga opinia i dla niektórych księży krzywdząca, ale obserwuję w Kościele dużo hipokryzji. Ksiądz pobierający kosmiczne ceny za sakrament, jeżdżący samochodem za ponad 100 tysięcy.... dobrodziej? W którym momencie? Pobierając za uroczystość ślubu kilkaset złotych od rodziny nie mającej na chleb, czy mijając swoim nowym terenowym samochodem dziecko idące ze szkoły piechotą w mroźne styczniowe popołudnie, bo rodziców nie stać chociaż na byle jaki samochód? Dla mnie kwestia wiary mało ma wspólnego z pomaganiem. Każdy ma warunki żeby pomagać i każdy może pomagać: ateista, świadkowie Jehowy, czy ludzie innego wyznania albo ja.

Ostatnio zmienianyśroda, 23 grudzień 2015 14:05
  • Oceń ten artykuł
    (6 głosów)
  • Dział: Rozmowy
  • Czytany 5502 razy

Skomentuj

Powrót na górę