Arkady Paweł Fiedler: Ciągle nas otaczał świat podróży

Z Arkadym Pawłem Fiedlerem o jego dzieciństwie, rodzinnych tradycjach, pasji podróżowania oraz najbliższej wyprawie rozmawia Izabela Wielicka.

 Jak to jest urodzić się i wychować w rodzinie Fiedlerów, gdzie w domu - muzeum z każdego kąta wygląda duch wielkiego dziadka?
- Świat podróży był mi trochę odgórnie narzucony i ciągle obecny w domu - właśnie przez dziadka, ale również przez mojego ojca. On też podróżował i wiele opowiadał o różnych zakątkach świata. Dorastając w muzeum, ciągle nas otaczał świat podróży - mnie, moją siostrę bliźniaczkę i moją młodszą siostrę. Mimo, że dziadek już nie żył, to cały czas był obecny wśród nas poprzez wszystkie - zwiezione z różnych stron świata - eksponaty, które były u nas w muzeum.

Jak wspomina Pan swoje dzieciństwo spędzone w tym niezwykłym miejscu?
- Kiedy dorastaliśmy, muzeum było dla nas dzieci takim wielkim placem zabaw. Nie postrzegaliśmy go jako muzeum, tylko jako normalny dom. Dzieci mają to do siebie, że wymyślają sobie różne zabawy, więc muzeum i otaczający je ogród były dla nas miejscem zabaw. Zwłaszcza ogród odegrał w moim dzieciństwie dużą rolę. Ciekawą sprawą było to jak się rozwijał. Muzeum - budynek, który był domem dziadka - było zapoczątkowane właśnie przez niego. W późniejszych latach zaczął rozwijać się ogród, czego już byłem świadkiem. W ogrodzie zaczęły pojawiać się rzeźby, wierne kopie różnych posągów z wielu stron świata, np.: Brama Słońca, Chac Mool, czy totem indiański. I to, dla mnie - dziecka, było dosyć ciekawe - uczestniczenie w powstawaniu tych wielkich monumentów w naszym ogrodzie.

Przy tej okazji poznawał Pan świat?
- Można tak powiedzieć. Siostry i ja uczestniczyliśmy w jakiś sposób w procesie powstawania tych rzeźb. Wiele wówczas zostało nam przekazanej wiedzy na temat tych posągów, związanych z nimi miejsc i kultur.

A to, że tyle ludzi przewijało się ciągle przez Wasz dom i ogród, to nie przeszkadzało?
- Nie. To była jedna z atrakcji.

Miał Pan 9 lat, kiedy zmarł dziadek. Nie ma więc Pan chyba zbyt wielu wspomnień z nim związanych. Może jednak jest coś, jakieś wydarzenie, jakiś epizod z dziadkiem Arkadym w tle?
- Pamiętam dziadka. Może nie pamiętam rozmów z dziadkiem, ale jego przyjazdy do Puszczykowa tak. Wtedy już mieszkał w Poznaniu, ale często przyjeżdżał do Puszczykowa. Pamiętam na przykład, nawiązując do obecnego mundialu, mistrzostwa świata w piłce nożnej w Hiszpanii w 1982 r., kiedy razem z dziadkiem oglądałem mecz. To utkwiło mi w pamięci. Z innych fragmentów tamtego czasu, pamiętam wypady z dziadkiem i rodzicami nad dęby rogalińskie. To jedno z najbardziej ulubionych miejsc dziadka w Wielkopolsce. On tam zawsze wracał. Jego ojciec go tam zabierał, później on zabierał swoje dzieci, a potem i wnuki. I tak kontynuujemy wypady w te okolice. Pamiętam właśnie kilka takich wyjazdów z dziadkiem nad dęby rogalińskie.

Pana tato, Arkady Radosław, i stryj Marek kontynuują dzieło ojca. Dbają o jego spuściznę i opiekują się Muzeum - Pracownią Literacką Arkadego Fiedlera w Puszczykowie. Sami też podróżują, piszą książki. Otrzymał Pan imię po dziadku i ojcu, a wraz z nim - w pewnym sensie - namaszczenie na globtrotera. Bywa, że młodzi potomkowie buntują się przeciwko czemuś takiemu. Odchodzą od tradycji rodzinnych i szukają własnej życiowej drogi. Ale, jak widać, Pan nie miał z tym problemów. Też marzyły się Panu podróże, prawda?
- Nie odebrałem tego jako namaszczenie na podróżnika i też podróżnikiem się specjalnie nie czuję. Kwestia wyboru drogi życia nigdy nie była mi narzucana. Zawsze podążałem swoimi własnymi ścieżkami, ale prawda że w początkowej fazie dorosłego życia zupełnie nie interesowałem się kwestią globtroterską i typowym wyprawowym czy przygodowym poznawaniem świata. Oczywiście wyjeżdżałem w różne miejsca w formie turystycznej, ale nie wiązałem tego ze swoją przyszłością. Jednak, w pewnym momencie, dopadła mnie chęć innej kariery zawodowej. Zacząłem dużo zastanawiać się nad swoim życiem. Zauważyłem, że organizowanie wyjazdów i później już same wyjazdy bardzo mnie pociągają. Zaczęło mnie to coraz bardziej fascynować. Stwierdziłem, że warto pójść tą drogą i wrócić do korzeni rodzinnych.

W 2009 roku, wraz ze swoim przyjacielem - Mateuszem Kunickim, zorganizował Pan szaloną podróż wzdłuż granic Polski fiatem 126p czyli "maluchem". To była pierwsza Pana tak wielka podróż?
- Tak zorganizowana wyprawa tak. Ale już wcześniej, jako nastolatek, sporo podróżowałem. Jeździłem pociągiem po Europie. Nie wiem czy jeszcze teraz, ale kiedyś można było kupić jeden bilet na całą Europę, więc różne takie wypady organizowałem. Ale wspomniana przez Panią podróż była pierwszą tak stricte zaplanowaną. Miała wyznaczony cel. Był nim film dokumentalny. I ta podróż była dla mnie takim przełomem. Wówczas do mnie dotarło, że taką drogą chciałbym podążać.

Projekt "Po Drodze" bardzo mi się podobał. Wspaniały był pomysł tej podróży - to że jej celem była Polska i to, że odbyła się "maluchem". Czasem tylko odczuwałam pewien niedosyt, bo byliście Panowie w odwiedzanych miejscach bardzo krótko.
- Założeniem nie było zrealizowanie filmu turystycznego, który pokazuje i opisuje dokładnie konkretne miejsca. Chodziło bardziej o to, by widzowie oglądający program, wraz z nami te miejsca odkrywali. Teraz, podczas nowej produkcji (PoDrodze Afryka), też przyjmę podobny format, ale również jest takich kilka miejsc po drodze, w których chcę się zatrzymać na dłużej i bardziej się na nich skupić.

Jak długo trwała ta nietypowa wycieczka po Polsce?
- 18 dni. Termin był bardzo napięty.

Wiele lat mieszkał Pan w Londynie, prawda?
- Mieszkałem 11 lat . Od 2 lat jestem znów w Polsce na stałe.

Czy pomysł podróży - po Polsce właśnie - narodził się z tęsknoty za krajem?
- Tak. Taki był cel tej wyprawy: dotrzeć do miejsc, w których byłem wcześniej , gdzie jeździłem kiedyś jako dziecko na wakacje; ale też odkrycie nowych miejsc w Polsce, w których wcześniej nie byłem. Na przykład wschód Polski w ogóle nie był mi znany. I ten wschód, choć w ograniczonej formie, chciałem bardzo przejechać.

A skąd sentyment do "malucha"?
- To była podróż sentymentalna, jeśli chodzi o odwiedzane miejsca, to pojazd też musiał być sentymentalny (uśmiech). A więc "maluch" - samochód, w którym uczyłem się jeździć. Pierwszy raz jeździłem też "maluchem" samodzielnie, biorąc potajemnie kluczyki tacie. Miałem wtedy bodajże 11 lat i próbowałem swoich sił, jako kierowca, w ogrodzie.

Eksponaty były więc trochę zagrożone? (śmiech)
- Możliwe (śmiech). Pierwszym moim własnym samochodem też był "maluch". Przejechałem nim sporo polskich i zagranicznych dróg

Co Pan czuł docierając do krańców Polski? Jak ją Pan odnajdywał po długiej nieobecności w kraju?
- Już wtedy zaskoczeniem dla mnie był rozwój Polski - to jak Polska się zmieniła w pozytywnym znaczeniu. Pamiętałem polskie drogi z samymi dziurami, koleinami i rozpadające się budynki. A tu zastała mnie Polska zupełnie inna - co prawda w budowie, bo po drodze mijaliśmy sporo remontów dróg. Pamiętałem też miasta i miasteczka takie szare, smutne. A teraz zastał mnie kolor. Uderzyło mnie większe ciepło, które biło z tych miejsc.
   Zaskoczył mnie też wschód Polski. Właśnie wschód był dla mnie najbardziej odkrywczy. Życie tam inaczej biegnie, wolniej. Wsie i małe miejscowości w niezmienionej formie, nawet od kilkuset lat. Drewniane domy, drogi nienaruszone cywilizacją. Dziki wschód, ale w pozytywnym znaczeniu - czyli takie miejsce, w którym można jeszcze zastać coś innego niż w innych częściach kraju. Mieszkają tu bardzo mili ludzie, którzy są jeszcze bardzo bezinteresowni. Kiedy zatrzymywaliśmy się w tamtejszych wioskach, podchodziły do nas różne osoby pytając się czy pomóc - zupełnie bezinteresownie. W wielu innych miejscach nie zawsze się coś takiego spotyka. Na wschód Polski na pewno chciałbym jeszcze wrócić w najbliższym czasie.

Po kilkuletniej przerwie znów szykuje się Pan do podróży. Kolejnym celem projektu "Po Drodze" jest Afryka. Jak wygląda plan wyprawy? Co chcecie zobaczyć, gdzie dotrzeć? Kto będzie Panu towarzyszył w tej wyprawie?
- Nadrzędnym celem wyprawy jest przejechanie polskim fiatem 126 p przez Afrykę do Kapsztadu. "Maluch" nie miał jeszcze premiery w Afryce, przynajmniej w jej południowej części. Będzie więc to pionierska podróż tego naszego kultowego pojazdu. Po drodze chciałbym odwiedzić: Egipt, Sudan, Etiopię, Kenię, Ugandę, Ruandę, Tanzanię, Zambię, Botswanę, Namibię i RPA. Drugim celem tej podróży jest powstanie filmu dokumentalnego, który będzie swego rodzaju kroniką podróży - zmagań moich i samochodu z afrykańskimi drogami i na pewno wysoką temperaturą.

Czy samochód będzie jakoś specjalnie przygotowany, dostosowany?
- Wezmę ze sobą dużo zapasowych części i w razie potrzeby będę go naprawiać. Maluch nie będzie specjalnie zmieniany, wzmacniany. Ideą jest żeby samochód całą drogę przejechał w stanie fabrycznym. Nie będzie miał więc przeróbek, ale za to większość podzespołów zostanie wymieniona na nowe.

To nie będzie już ten sam egzemplarz, którym przejechaliście Panowie Polskę?
- Nie. Tamten maluch przekazał części następnemu bohaterowi. Tym razem będę jechał maluchem sam. Założyłem sobie, że pokonam całą trasę bez zmiany kierowcy. Będzie mi oczywiście towarzyszyć kilku filmowców - w innym samochodzie, którzy mają tę podróż dokumentować. Części zapasowe będą jednak jechać razem z "maluchem". Ma on być jakby samoistną, niezależną istotą. Wszystkie potrzebne komponenty, w razie jakichś usterek, będą jechać z więc z "maluchem".

Jakie ma Pan obawy, oprócz tego że samochód może się zepsuć?
- Największą obawą są przestoje. Termin tej podróży jest dość napięty. Plan zakłada przejechanie całej trasy w 3 i pół miesiąca. To bardzo ograniczony czas. Każda naprawa nadwyręża ten termin i przez to plan podróży. Ale też obawiam się kwestii biurokratycznych, w szczególności na północy Afryki - w Egipcie, gdzie trzeba będzie przetransportować samochody do portu egipskiego i później z tego portu je wyciągnąć. Są to rzeczy, które mogą wpłynąć bardzo niekorzystnie na cały plan wyprawy. Nawet totalnie cały ten plan zahamować - do tego stopnia, że wyprawa może utknąć i dalej się już nie posunąć. Jest to stres i wielka niewiadoma. Egipska biurokracja jest dosyć nieprzychylna przyjezdnym.

Po drodze będą oczywiście noclegi. Czy są już z góry ustalone, wcześniej umówione, przygotowane?
- Nie. Wszystko na żywioł. Tam gdzie się da dojechać tam nocujemy. Przyjęliśmy taką zasadę, że nie będziemy jeździć po zmierzchu. Tak więc będę planować, studiując mapę, przejechanie jakiegoś odcinka we dnie i dojazd do jakiejś miejscowości przed zmierzchem. Wtedy będę tam szukać miejsca noclegu.

Kiedy dokładnie ruszacie?
- To jest kwestia jeszcze otwarta. Plan pierwotny to przetransportowanie samochodów z Turcji do Afryki statkiem. I to była do tej pory jedyna w miarę bezpieczna i pewna droga. Jest jeszcze jedna droga - z Włoch do Tunezji. Tylko wówczas musiałbym jechać przez Libię , a w Libii się ostatnio nieciekawe rzeczy dzieją. Natomiast problem jest taki, że statek z Turcji pływa bardzo nieregularnie. Termin wyprawy jest więc uzależniony od tego, kiedy ten statek będzie płynął. Jeżeli będzie już wiadomo kiedy, wtedy będzie decyzja że wyjeżdżamy. Na pewno będzie to na przełomie sierpnia i września.

Do tego projektu chce Pan zaangażować polskie szkoły. W jaki sposób?
- Dla mojego dziadka młodzież była zawsze bardzo ważna. Wiele książek napisał własnie dla młodych. Wpadła mi do głowy myśl, by podzielić się moimi wrażeniami z tej wyprawy z młodzieżą. Chciałbym, żeby większe grono osób mogło czerpać z tej podróży, żeby przeżywali ją razem ze mną. Dlatego zaproponowałem udział w projekcie kilku szkołom. Myślę o tym, by dzieciaki śledziły tę wyprawę i aktywnie włączyły się w nią. Będą mogły zadawać mi pytania drogą e-mailową. Ja będę je odbierał i, jak będzie ich już większa lista, będę się starał na nie odpowiedzieć w jednym bloku - w postaci videoblogu. Mam plan, żeby raz w tygodniu takie video zamieszczać na stronie internetowej i profilu facebook. Oczywiście kontakt ze mną będzie przez cały czas, w zależności od afrykańskich warunków internetowych. Zaangażowanie uczniów do projektu ma cel motywacyjny. Chciałbym, żeby moja podróż była motywacją dla młodych do poznawania świata.

To świetny pomysł. Dla uczniów będzie to niekonwencjonalna i z pewnością dużo ciekawsza lekcja geografii. Na zakończenie naszej rozmowy spytam jeszcze o Wielkopolskę. Jakie jest Pana ulubione miejsce w Wielkopolsce?
- Dęby rogalińskie. Tam wracam bardzo często. Mam dwoje dzieci - córkę Mai, która ma 2 latka i 7 miesięcy i syna Arkadego, który ma półtora roku. Od czasu do czasu razem z nimi wybieram się tam. W większe podróże będę zabierał ich jak będą starsi.

Syn też ma na imię Arkady.
- Tak. To już czwarty Arkady w naszej rodzinie.

Dziękuję bardzo za rozmowę. Życzę Panu powodzenia podczas wyprawy i trzymam kciuki za "malucha".

Ostatnio zmienianyśroda, 04 luty 2015 19:54
  • Oceń ten artykuł
    (1 głos)
  • Dział: Rozmowy
  • Czytany 7815 razy

Skomentuj

Powrót na górę