Jędrzej Szyguła: Magia pojawiającego się obrazu

Z Jędrzejem Szygułą, leśnikiem i fotografem, rozmawia Izabela Wielicka.

 Jest Pan leśnikiem - z wykształcenia i z zamiłowania. Skąd decycja, żeby wykonywać ten zawód?
Pierwotnie chciałem zostać weterynarzem. Na przeszkodzie stanęła odległość do najbliższej „weterynaryjnej” uczelni, która była we Wrocławiu. W Poznaniu nie było takiego wydziału. Mój brat studiował leśnictwo i to mnie właściwie najbardziej do lasu pociągnęło. Brat nie pracuje w lesie, ja tak.

Jaka była Pana pierwsza praca? 
Po studiach zacząłem szukać pracy. Na terenie dyrekcji poznańskiej nie było wolnych miejsc, więc zacząłem powoli oddalać się od Poznania i skończyłem na Nadleśnictwie Babimost. Tam pracowałem krótko jako podleśniczy i potem przez ponad cztery lata jako leśniczy. Leśniczy jest człowiekiem, który jest tak naprawdę najbliżej lasu. Zna doskonale teren swojego leśnictwa i wie, co w lesie piszczy… Plusem tej pracy jest bezustanny kontakt z przyrodą, utrzymywanie dobrego stanu lasu i prowadzenie gospodarki leśnej na poziomie pozwalającym na wykorzystanie zasobów bez ich uszczuplania. To codzienne przebywanie w lesie jest nie do przecenienia, choć oczywiście łączy się to z dość ciężką i intensywną pracą, która od czasów kiedy byłem leśniczym, dość mocno się zintensyfikowała. Minusem, według mnie, jest fakt przebywania przez wiele lat w tym samym otoczeniu i trudność dostrzegania rzeczy, które dzieją się w sąsiedztwie. Człowiek przywyka do swojego trybu pracy i nie ma czasu i zbyt wielu możliwości na doświadczanie innych zdarzeń przyrodniczych czy gospodarczych niż te występujące w jego leśnictwie.
Praca leśniczego to, mówiąc krótko, realizacja zapisów planu urządzenia lasu, który wykonuje się co 10 lat. Z mojego punktu widzenia najistotniejsza jest hodowla lasu. Jest to ogrom działań związanych z cyklem produkcyjnym przy jednoczesnym zachowaniu lub kształtowaniu siedlisk przyrodniczych i dostosowaniu składów gatunkowych do jakości siedliska. Mówiąc językiem bardziej zrozumiałym: tam gdzie mamy lepszą, bogatszą glebę sadzimy gatunki bardziej wymagające wraz z gatunkami domieszkowymi wzbogacającymi siedlisko. Na glebach słabych, a tych mamy w Wielkopolsce najwięcej, sadzimy najpopularniejszy, niezawodny gatunek, jakim jest sosna zwyczajna. Na słabych glebach wyszukuje się mikrosiedliska i wprowadza gatunki liściaste, bardziej wymagające. W ostatnim okresie obserwujemy zintensyfikowane działania szkodliwych owadów - gradacje. O korniku drukarzu każdy już słyszał. Mamy też kornika ostrozębnego i wiele innych szkodników, które wykorzystując osłabienie drzewostanów spowodowane spadkiem poziomu wód gruntowych, chcą sobie coś „ugrać” i pustoszą wielohektarowe powierzchnie. Mamy coraz mniej możliwości ochrony przed nimi, bardzo ograniczone spektrum środków chemicznych. Tniemy więc i likwidujemy w ten sposób zasiedlone drzewa, żeby „zaraza” nie rozprzestrzeniała się na sąsiednie drzewostany.

Od ponad 20 lat pracuje Pan w Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Poznaniu i specjalizuje się Pan w hodowli lasu. Podejrzewam, że ta praca wiąże się z planowaniem, inwentaryzowaniem. Czy często wyjeżdża Pan w teren, do lasu?
W RDLP w Poznaniu pracuję już 23 lata - od początku w wydziale hodowli lasu. Moja praca polega przede wszystkim na koordynowaniu prac hodowlanych w podległych (25) nadleśnictwach. Nadleśnictwa co roku planują zadania gospodarcze, a my to nadzorujemy. Bardzo często pracuję w terenie, prowadząc kontrole, lub po prostu rozmawiając w lesie na tematy hodowlane z gospodarzami terenu. Wymiana doświadczeń jest moim zdaniem najważniejsza i ma największe przełożenie na późniejsze działania. Hodowla lasu, jako dział, zajmuje się praktycznie całym procesem powstawania lasu. Zaczyna się od zbioru nasion z wyselekcjonowanych drzewostanów. Część nasion przechowuje się jako zabezpieczenie na następne lata (nie co roku jest rok nasienny), część wysiewa się na szkółkach, aby wyprodukować sadzonki. Część wysiewa się bezpośrednio w lesie na przygotowanych pod siew miejscach. Coraz więcej wykorzystujemy obsiewu naturalnego, czyli tego co samo spadnie z drzew. Jednak warunki klimatyczne i mała ilość opadów trochę nas ograniczają. Sadzonki wysadza się na uprawach, zgodnie z planem i analizami glebowo-siedliskowymi. Każda sadzonka trafia w odpowiednie dla niej miejsce. Na późniejszym etapie wzrostu prowadzi się cięcia selekcyjne, które w efekcie dają pożądany skład gatunkowy, odpowiednią formę zmieszania gatunków. I tak, aż do osiągnięcia wieku dojrzałego, czyli wieku rębności. Każdy gatunek ma ten wiek określony i po wycięciu cykl zaczyna się od nowa. To właśnie hodowla lasu - oczywiście w bardzo dużym uproszczeniu.

Jak ocenia Pan stan lasów w Wielkopolsce? O co należałoby bardziej zadbać?  
Wiem, że to może zabrzmi nieco chełpliwie, ale stan lasów wielkopolskich jest dobry dzięki wieloletniej pracy wielkopolskich leśników. Owszem, w przeszłości popełniano błędy, forsowano różne zachowania, niekoniecznie słuszne. Działo się tak w całym kraju, we wszystkich dziedzinach. Co kiedyś popsuto, teraz naprawiamy z dobrym skutkiem. Ponieważ mamy takie gleby, jakie mamy, trzeba dostosowywać się do możliwości. Wielkopolska sosną stoi i tak będzie - tego się nie da przeskoczyć. Jesteśmy jedną z 17 dyrekcji regionalnych LP w Polsce i mamy największy udział dębów (szypułkowego i bezszypułkowego) wśród wszystkich dyrekcji - mimo generalnie słabych siedlisk. Jeśli chodzi o urozmaicanie składów gatunkowych to robimy co możemy w zgodzie z warunkami przyrodniczymi. Mamy coraz większy udział gatunków liściastych, przebudowujemy monokultury sosnowe. Jest to ustawiczna praca, której nie da się tak od razu zauważyć - potrzeba na to kilkudziesięciu lat. Pracujemy bez wytchnienia. Zaznaczyć należy, że średni wiek drzewostanów rośnie. Rośnie także zasobność na hektar, czyli mówiąc po ludzku - mamy coraz starsze i grubsze drzewostany. Mamy też powierzchniowo coraz więcej lasów.

Las nie jest Pana jedyną pasją. Zajmuje się Pan również fotografią. I co nietypowe w dzisiejszych czasach, interesuje Pana fotografia analogowa. Dlaczego właśnie taka?
Fotografia jako taka interesowała mnie prawie od zawsze. Dlaczego analogowa? Cyfrowo też fotografuję, ale analog pozwala na bezpośrednią pracę z materią. Możliwości są duże, przeróżne procesy, różne materiały światłoczułe. Pewnie zabrzmi to banalnie, ale nie ma dla mnie nic bardziej ekscytującego w fotografii niż wyjmowanie z koreksu właśnie wywołanego filmu i przyglądanie się poszczególnym klatkom jeszcze przed rozwieszeniem na sznurze. Drugi, podobny moment to wtedy, gdy na papierze zamoczonym w wywoływaczu zaczyna pojawiać się obraz. Magia po prostu! Samo dźwiganie aparatów analogowych w terenie jest już pewnym wyzwaniem, a proces rozkładania np. aparatu na błonę ciętą o rozmiarze 20 cm x 25 cm to już inna jakość. Ustawianie ostrości na matówce (obraz do góry nogami) z nałożoną na głowę czarną szmatą osłaniającą od światła to po prostu powrót do przeszłości w najlepszym wydaniu.

Ma Pan sporą kolekcję aparatów analogowych. W jaki sposób stał się Pan ich posiadaczem?
Kolekcjonuję przede wszystkim lustrzanki dwuobiektywowe. Górny obiektyw służy do obserwowania celu - obraz widoczny jest na matówce. Drugi obiektyw wyposażony w migawkę służy do robienia zdjęcia na założonym filmie. Format tych negatywów to 6 cm x 6 cm. Takich lustrzanek mam około 130. Z całego świata - polskie, niemieckie, amerykańskie, francuskie, czeskie, rosyjskie, itd. Źródłem pozyskiwania coraz to nowych aparatów są serwisy aukcyjne. Zaprzyjaźniony ekspert naprawia mi ewentualne uszkodzenia kupionych aparatów. Mogę się pochwalić, że około 95 % moich lustrzanek działa bez zarzutu. Sam od czasu do czasu zabieram je na spacer…

Domyślam się, że niektóre z nich mają dla Pana szczególną wartość.
Mam kilka bardzo ciekawych aparatów z innej kategorii - np. amerykański Kodak Medalist, który ma niespotykany obiektyw sprzężony z dalmierzem. Wszystko porusza się na helikoidalnej śrubie. Inny to Graflex Pacemaker - taki, jaki można zobaczyć na starych filmach w rękach fotoreporterów amerykańskich. Mam prawie wszystkie modele polskich Startów nawet w wersji eksportowej. Ciekawa historia wiąże się z maleńkim, niemieckim aparacikiem, który wygląda jak pudełko z otworem. To Zeiss Ikon Baby Box Tengor z 1931 roku. Kupując inny aparat u pewnego pana zobaczyłem tego Tengora. Moje zainteresowanie wzbudził fakt, że opatrzony jest plakietką „Foto-Greger. Poznań”. Był to największy sklep i firma fotograficzna w przedwojennej Polsce. Kazimierz Greger był sponsorem wyprawy Kazimierza Nowaka, który w latach trzydziestych XX w. przejechał na rowerze Afrykę. Niestety właściciel nie chciał mi sprzedać tego aparaciku. Jakież było moje zdziwienie, gdy pewnego dnia na swoim biurku zobaczyłem tego malucha wraz z książeczką „Poradnik Foto-Gregera”. To moja żona skontaktowała się potajemnie z właścicielem i przekonała go do sprzedaży.

Piękna historia - zgodna z przysłowiem "Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle". Jako człowiek lasu, miłośnik przyrody fotografuje Pan głównie naturę. Co jest Panu szczególnie bliskie? Ma Pan swoje ulubione miejsca na zdjęcia? O jakiej porze roku i dnia najbardziej lubi Pan fotografować?
Nie mam cierpliwości do wielogodzinnych czatów niezbędnych do fotografowania zwierząt. Lubię fotografować „landszafty”, ale także różne detale architektoniczne czy detale techniczne. Moją miłością od dawna jest fotografia makro, co prawda raczej w wydaniu cyfrowym. Miejscem dla mnie najbardziej spektakularnym są niewątpliwie łęgi nadwarciańskie. Przez wiele lat obserwowałem zmiany zachodzące między Rogalinkiem a Rogalinem. Widziałem stare dęby, których już nie ma. Zadziwiała mnie ludzka głupota objawiająca się np. podpalaniem starych dębów. Widziałem takiego starca, który nie wytrzymał naporu wody podczas powodzi i się przewrócił… Jak każdy fotograf najbardziej doceniam godziny poranne o wschodzie słońca lub wieczorny zachód. Robiłem też zdjęcia rogalińskim dębom podczas pełni i w środku dnia, w deszczu… nie ma reguły. Czasami, czułem po prostu wewnętrzną potrzebę, żeby pojechać robić zdjęcia i wtedy nie pogoda się liczyła, ale chęć przebywania w objęciach natury.

Robi Pan sporo zdjęć biało-czarnych. Co Pana urzekło w czerni i w bieli?
Moim zdaniem zdjęcia czarno-białe mają większy ładunek emocjonalny i większą możliwość interpretacji przez widza. Oczywiście nie rezygnuję z kolorów (cyfrowo), ale współczesna maniera podkręcania kolorystyki zdjęć jest dla mnie nie do przyjęcia. Dla widza są one, rzecz jasna, atrakcyjniejsze, ale ja takich kolorów w naturze nigdy nie widziałem i to się kłóci z moim odbiorem rzeczywistości. Zdjęcia robione na błonie filmowej mają o wiele większą i bogatszą tonalność niż cyfrowe. Ich odbiór jest zupełnie inny. Oczywiście programy graficzne dość umiejętnie symulują i przetwarzają obraz, ale dla mnie to zaczyna już być grafika, a nie fotografia. Poza tym nie do przecenienia jest bezpośredni kontakt z fotografią wykonaną na papierze w ciemni - nie odczuwam tego patrząc na monitor. To tak jak czytanie książki i ebooka…

Swego czasu zajmował się Pan również fotografowaniem ludzi i pracował z modelkami. Co było najtrudniejsze w tej fotografii, a co dawało największą satysfakcję?
Kiedy byłem młodszy miałem takie różne zachcianki. Niestety, jak się okazuje, nie nadaję się do fotografowania ludzi. Mam jakiś wewnętrzny opór szczególnie podczas fotografowania ulicznego. Nie mogę tego przełamać. Natomiast jeśli chodzi o modelki… Z czasem dziewczyny stawały się coraz bardziej roszczeniowe - nie mając żadnych umiejętności chciały pozować za pieniądze i znacząco wzrosła ich samoocena (może to dobrze) przy jednoczesnym spadku odpowiedzialności. Zdarzało się, że nie przychodziły na umówione sesje i nie odczuwały potrzeby, żeby wcześniej o tym powiadomić. To się kłóciło z odebranym przeze mnie wychowaniem i nie chciało mi się już tego dalej ciągnąć. Oczywiście byłoby niestosownym powiedzieć, że to była reguła. Wiele dziewczyn pozowało z zaangażowaniem i mimo, że nie jestem mistrzem gatunku, to uważam, że niektóre ze zdjęć są całkiem przyzwoite.

Skoro już mówimy o kobietach i to pięknych, to w grę wchodzą emocje. A jeśli mowa o emocjach, to muszę Pana zapytać o flamenco - taniec przepełniony silnymi emocjami. Ma Pan na koncie przecież dwie wystawy fotografii dokumentujących pokazy tego tańca. Jak trafił Pan do tych tanecznych kręgów?
To nie ja trafiłem do flamenco, tylko flamenco trafiło do mnie w postaci mojej żony Katarzyny - hispanistki i właścicielki największej w Wielkopolsce szkoły tańca flamenco. Szkoła nazywa się „La Tormenta”, czyli burza. Kasia jest świetną tancerką i choreografem. Ja jestem zakochany i w niej i we flamenco. Flamenco - to dopiero są emocje! Trzeba to usłyszeć i zobaczyć na własne oczy. Trzeba zobaczyć jak reaguje miejscowa publiczność - to jest szaleństwo w pozytywnym aspekcie. Wystawy o tematyce flamenco miałem w połączeniu z nieistniejącym już Festiwalem „Duende” oraz podczas corocznych koncertów finałowych szkoły „La Tormenta”. Wystawiałem też w kolebce flamenco w Jerez de la Frontera, dokąd regularnie z żoną jeździmy na Festiwal. To taki nasz drugi dom. Na zdjęciach staram się uchwycić ten ogromny ładunek emocji charakterystyczny dla cygańskiego, andaluzyjskiego śpiewu i tańca.

Lubi Pan także podróżować. Co bierze Pan pod uwagę, wybierając miejsce podróży? Jakie są Pana oczekiwania i priorytety w podróżniczych planach? 
Jesteśmy z żoną ciekawi świata. Czasy są takie, że odległości się skracają, dostępność jest coraz większa. Oczywiście poza Hiszpanią, jesteśmy zafascynowani Ameryką Południową. Pięć tygodni spędziliśmy w Peru, w Andach i w dżungli. To była podróż życia. Priorytety podróżne to przede wszystkim liczba uczestników - najlepiej podróżuje nam się we dwoje. Dobrze jest też w grupce kilu znanych i sprawdzonych osób. Kompletnie nie do przyjęcia są dla nas wycieczki autobusowe w towarzystwie kilkudziesięciu ludzi o przeróżnych oczekiwaniach i ze ściśle określonym przez organizatora harmonogramem. Jeśli już, to wynajem samochodu i własna decyzja, gdzie i na jak długo się zatrzymujemy, co jemy, co zwiedzamy. Jeśli chodzi o jedzenie to uważam, że trzeba jeść lokalne specjały i koniecznie próbować miejscowych dań. Tak było z cuy (świnką morską) w Peru, szczurem ryżowym w Wietnamie czy tarwakiem (świstakiem stepowym) w Mongolii. All inclusiv i kontynentalne śniadanie w hotelu to nie moja bajka. Jeśli chodzimy po knajpach to wybieramy te, w których jest najwięcej autochtonów. Jest to gwarancją dobrego miejscowego jedzenia.

Pochodzi Pan z Kościana, mieszka w Lednogórze. Lubi Pan zwiedzać Wielkopolskę? Ma Pan tu swoje ulubione miejsca?
Wielkopolska, mimo niezbyt urozmaiconej rzeźby terenu, jest pełna różnych zaskakujących i ciekawych miejsc. Jak wspomniałem bardzo lubię nadwarciańskie łęgi - zarówno Rogalinek jak i Krajkowo. Czeszewo niedaleko Jarocina było też bardzo urokliwe, niestety huragan z 2017 roku zrobił dużo szkód. Puszcza Zielonka pełna jest tajemnic i co chwilę odkrywa się tam nowe, nieznane do tej pory archeologom, miejsca. Szkoda tylko, że wszędzie tam, gdzie można odpocząć i nasycić ciało i duszę, poczuć namiastkę dzikiej przyrody, zawsze znajdzie się ktoś, dla kogo ukojeniem nerwów jest ryk silnika jego quada albo motocykla…

Jest Pan bardzo aktywny, jeździ na rowerze, strzela z łuku bloczkowego, pracuje w ogrodzie. Ma Pan 5 kotów, hoduje pszczoły. I … poluje. Trochę to kłóci się z wizerunkiem miłośnika natury. 
Nie ma powodu, żeby się wstydzić polowania. Może to dobra okazja, żeby kilka rzeczy wyjaśnić i uzmysłowić czytelnikom. W Polsce poluje ponad 120 tys. myśliwych. Są to ludzie wszelkich zawodów i różnego wykształcenia. Trudno byłoby mi uwierzyć, że wszyscy są pozbawionymi uczuć i wrażliwości bestiami. To nie ma żadnego związku. Przepraszam za to co teraz powiem, ale ta wrażliwość na domniemane cierpienie dzikich zwierząt łownych trąci mi nieco egzaltacją rodem z romansów dla młodych panien. Jak bowiem wytłumaczyć taki negatywny stosunek do łowiectwa - opartego o setki lat tradycji, obyczajów łowieckich, kultury łowieckiej - w obliczu naprawdę bestialskiego traktowania zwierząt w rzeźniach czy przemysłowych hodowlach… Cała ta rzesza myśliwych działająca społecznie i na własny koszt, poza polowaniem, czyli planowym pozyskiwaniem zwierząt, dba o stan tej zwierzyny, dokarmia, sadzi remizy dla drobnej zwierzyny i ptactwa, rozwiesza budki lęgowe. Myśliwi biorą udział w wielu działaniach edukacyjno-przyrodniczych. Aktywny udział myśliwych można odnotować przy restytucji żubrów, głuszców, bobrów, itd. A nie są to przecież zwierzęta, do których wolno strzelać. A strzelanie… to się kiedyś nazywało działem gospodarki narodowej, jest konieczne. W przeciągu dziesięcioleci doprowadzono do tak wysokich stanów liczebnych zwierzyny płowej i dzików, że szkody czynione przez nią są coraz większe. Wystarczy porozmawiać z rolnikami. Zaznaczyć należy, że także lasy są poddane wielkiej presji zwierzyny. Nie ma możliwości wyprowadzenia uprawy bez jej ogrodzenia. A płoty w lesie nikomu się nie podobają… Błędne koło. Reasumując - bycie myśliwym nie przeszkadza mi w odbiorze natury i bycia wrażliwym na jej piękno. Wiele razy wracałem z polowania „z niczym” i wcale nie byłem rozczarowany, a wręcz przeciwnie - zachwycony tym, co widziałem i czego doświadczyłem spacerując z ciężkim sztucerem na ramieniu.

Ogród to również moje hobby, więc muszę po prostu spytać o Pański. Jaki jest? 
Mam mały ogród, bo działka jest mała - ma około 800 m kw. To się na szczęście zmienia i pole do popisu ostatnio wzrosło do prawie pół hektara. Ta obecna mała działeczka jest zarośnięta. Mnóstwo drzew i krzewów, rabaty z kwiatami i różnymi bylinami. Wszystkie otoczone kamieniami polnymi. Wszędzie nawadnianie kropelkowe. Wiosna i lato to po prostu wybuch kolorów i zapachów. Moimi ulubionymi drzewami są lipy, szczególnie lipa wonna. Kwitnie później niż nasze rodzime, ale jak sama nazwa wskazuje, pięknie pachnie. Bardzo lubię jeżówki - są twarde, rozsiewają się same i są wszędzie. Właściwie to lubię wszystko co posadzę - inaczej przecież bym nie sadził. Nie lubię natomiast przystrzyżonych trawników, nad których pielęgnacją traci się pół życia. Nie lubię przystrzyżonych krzewów i drzew, może poza żywopłotami, ale też tego nie robię, bo jestem na to zbyt leniwy. Lubię ten etap, kiedy ogród zaczyna wyglądać trochę jakby był zaniedbany - wszystko rośnie dookoła, przeplatają się kolory, pnącza wchodzą tam, gdzie ich nikt o to nie prosił… Mieszają się zapachy, niespodziewanie pokazuje się roślinka, o której przez zimę zdążyłem zapomnieć. Takie ogrodowe cuda.

Dziękuję Panu bardzo za rozmowę.

Ostatnio zmienianywtorek, 10 marzec 2020 21:27

1 Komentarz

  • Paweł

    Paweł

    Link do komentarza sobota, 07 marzec 2020 20:12

    Znam pasje p. Jędrzeja, ale poczytałem sobie o nich z wielką przyjemnością. Zawsze podziwiałem zapał i rzetelność z jaką podchodzi to tego, co stanowi obiekt jego zainteresowań, a wiele z nich jest "na" czy wręcz "poza" granicą miłości :) Mówi się często o ludziach renesansu jak o gatunku rzadkim, a tutaj mamy taki w pełnej krasie :) Pozdrawiam Jędrzeja, a Autorce gratuluję ciekawego artykułu.

    Raportuj

Skomentuj

Powrót na górę
Nasz portal wykorzystuje pliki cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na wykorzystywanie plików cookies w zakresie odpowiadającym konfiguracji Twojej przeglądarki. Więcej o naszej Polityce prywatności