"Literacka Wielkopolska" cz. 4 - Kresy są wszędzie, czyli Rodziewiczówna w Wielkopolsce

Poznań nie jest miastem nazbyt „literackim” - nie oszukujmy się. Nie ma tu tego literackiego ducha, tak silnie obecnego w Krakowie, wyzierającego ze wszystkich kątów w Lublinie, a tym bardziej zaświadczonego stosownymi tablicami, jak na przykład w Warszawie. W Poznaniu ślady literackie są ukryte i rozsiane z rzadka, a poza Jeżycjadą Małgorzaty Musierowicz doprawdy szerzej nieznane.

   Oczywiście, wszyscy pamiętamy o Barańczaku, Przybyszewskim, Kraszewskim, Sienkiewiczu czy Iłłakowiczównie, ale - wciąż tego za mało, wciąż szukamy śladów i związków pisarzy z miastem, które nigdy nie było dla nich zbyt łaskawe. A motyw „W Poznaniu na wygnaniu” nie jest taki znów odosobniony. I niby Poznański przewodnik literacki przygotowany przez moich znakomitych kolegów jest sporą gabarytowo księgą (ponad 400 stron), do lektury której serdecznie zapraszam, samo miasto wciąż pozostaje pod pewnym względem „niedowartościowane literacko”, a poloniści poznańscy wciąż chcą zaradzić tej biedzie i wyszukują kolejne przykłady na to, że Poznań nie jest i nie był zupełną literacka pustynią.
   Dzisiaj zatem - dla urozmaicenia, a i szlakiem przetartym przez obiektyw Daniela Sypniewskiego - zapraszam do wielkopolskiej stolicy. Przeniesiemy się nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie - proponuję zatem jesień roku 1925, kiedy to miejskie aktywistki, we współpracy z Parafią Św. Marcina, postanowiły zaprosić do Poznania Marię Rodziewiczównę, autorkę, której popularność do dziś bije wszelkie rekordy. Niech to będzie mała glossa do wzmiankowanego przewodnika po literackich „przygodach Poznania”. Wizyta ta miała na celu zebranie środków na odbudowę Kościoła Św. Marcina.
   Kim była Maria Rodziewiczówna pisać nie trzeba, dość jedynie podkreślić, iż jest ona do dziś jedną z najpoczytniejszych polskich autorek beletrystycznych. Fenomen jej popularności dziwił i dziwi, budził zazdrość i dalej ją budzi, większość badaczy zaś jej pisarstwa po prostu nie zna, gdyż, jak twierdzą specjaliści, „wstyd to czytać”. Zdanie zupełnie odmienne mają jednak odbiorcy, którzy wiernie czytają jej powieści, których doszczętnie zużyte egzemplarze znaleźć można w każdym polskim domu i każdej bibliotece publicznej. Muszę się od razu przyznać, iż i ja nie miałam pojęcia o bogactwie tej twórczości, wiedziałam jedynie, że jest to pisarka „romansowa” i „popularna”, a ze wszystkich książek przeczytałam zaledwie „Lato leśnych ludzi”. I właśnie ta książka nijak mi nie pasowała do tego powszechnego obrazu utrwalonego w stanie badań. Poczęłam zatem czytać więcej i szperać - i doszłam do wniosku, iż Rodziewiczówna i jej pisarstwo skrywają niejedną tajemnicę, i że warto zapoznać się z jej twórczością, chociażby po to, by nie powtarzać obiegowych frazesów i nie wymawiać się wstydem. Skoro Czesław Miłosz otwarcie pisał, iż wychował się na jej książkach i szalenie je cenił ze względu na ich zawartość obyczajową i dokumentalną, nie wstydźmy się i my, i czytajmy Rodziewiczównę! Przekonamy się wtedy, że szybko obalimy zarówno mit o jej „romansowości”, jak i ten o nazbyt prostym stylu. Wręcz przeciwnie, to pisarka o dużym potencjale fabularnym, szerokiej wyobraźni, plastycznym obrazowaniu i lekkim piórze. A na dodatek była bardzo dobrego zdania o Wielkopolsce!
   Związki Rodziewiczówny z naszym regionem nie są oczywiste. Wszyscy wiemy, że mieszkała raczej daleko. Polesie i ziemie, które były jej tak bliskie i pojawiały się w jej książkach są oddalone od Poznania o wiele kilometrów. Z tego, co mi wiadomo zresztą była w Poznaniu tylko raz (być może bywała tu jednak jeszcze „tranzytem” w czasie jej podróży po Europie - tego jeszcze nie stwierdziłam) na zaproszenie kobiet poznańskich, właśnie na początku października 1925 roku.
   Wielkopolska i Poznań jednak były jej znane wcześniej, miała o tym regionie wyrobiony sąd, dość zresztą pozytywny -Wielkopolanie i nasz region pojawia się też w jej książkach - zawsze bardzo przyjemnie łechcząc nasze poczucie lokalnego patriotyzmu.
   Taka powieścią - szeroko znaną i lubianą jest "Między ustami a brzegiem pucharu", której akcja dzieje się między innymi w podpoznańskim majątku Mariampol (nazwa jest oczywiście fikcyjna, choć istotnie, jest w Wielkopolsce Mariampol - znajduje się jednak niedaleko Koła, więc nieco za daleko na realia powieściowe). Przybywa do niego w poszukiwaniu pięknej nieznajomej dziewczyny, poznanej pewnej nocy w Berlinie, młody i butny niemiecki arystokrata Wentzel von Croy-Dülmen (jest po matce Polakiem, ale się do tego nie przyznaje). Przyjazd z głębi Niemiec do tej peryferyjnej podbitej prowincji, jaką było Wielkie Księstwo Poznańskie pozwala nam poznać nie tylko różnice między ziemią niemiecką a polską, lecz przede wszystkim cechy mentalności i sposobu życia mieszkańców okolic Poznania. Ich postępowanie i działania koncentrują się bowiem na tym samym, na czym koncentrowali się tak bliscy pisarce polscy mieszkańcy Kresów Wschodnich - na utrzymaniu odrębności kulturowej, językowej, na pracy, która zapewniała im niezależność ekonomiczną. Polskie dwory w Wielkopolsce były ostoją tradycji i kultury, a ich mieszkańcy nie wahali się postępować w sosób, który utrudniłby maksymalnie germanizację ich ziem.   
   Oto, jaki obraz Wielkopolski widzi przybyły do niej po raz pierwszy niemiecki arystokrata:

„Okolica była płaska, piaszczysta, starannie uprawna, przerżnięta siecią dróg i strumyków. […] Wzdłuż gościńca dwory stały z rzadka jak baszty samotne, ciche, zamyślone zda się, w wieńcu z włoskich topoli. Istotnie, były to bastiony zdobytej fortecy. Ona sama kruszyła się i rozpadała w ruinę pod naciskiem zdobywcy: wieżyce stały patrząc z góry na zniszczenie i zgubę - zachowały jeszcze na swym czole starą wiarę, starą krzepkość i starą tradycję. Zdobywca obchodził je czekając cierpliwie na czas i na wewnętrzna niezgodę”.

   Można zatem powiedzieć, iż zgodnie z filozofią pisarki, Kresy są wszędzie - rozciągają się tam, gdzie konieczna jest codzienna walka z zaborcami, których polityka pozostawała w najogólniejszych zarysach taka sama, niezależnie od tego, w którym zaborze się akurat znaleźliśmy. Niebagatelną rolę na wybór miejsca akcji utworu ma także prosty i często stosowany wówczas zabieg zmylenia cenzury rosyjskiej. Gdy zatem przyjmiemy, że Wielkopolska to takie Kresy, tylko cokolwiek dalej na zachód, zobaczmy oczami Wentzla Croy-Dülmen jak wyglądał ten kraj, który stanowił dominium niemieckie. Mimo początkowego nieprzyjemnego pierwszego wrażenia, wkrótce przekonuje się on o tym, że wielkopolskie majątki są w znakomitej większości doskonale zarządzane i mają wzorowo prowadzone stajnie. Miłość do koni, jaką widzi w stajniach Wentzel, budzi jego natychmiastową sympatię do ludzi. Polacy z Wielkiego Księstwa Poznańskiego bardzo dbają o swoje interesy, doglądają ich w sposób odpowiedzialny, dbają też o edukację swoich dzieci i o czystość swoich domów. Potrafią się szampańsko bawić i są wierni w przyjaźni. Serca Wielkopolanek są harde i trudno topnieją, ich uroda zaś idzie w parze z inteligencją. Oczywiście Wentzel zostaje szybko „nawrócony na polskość”, a jego majątek powiększa się o ziemię kupioną na terenie Wielkiego Księstwa Poznańskiego. Chętnie i szybko uczy się polskiego, zaś jego lekturę niemalże od początku kontaktu z polszczyzną stanowi "Anhelli". Do wszystkich, którzy nie czytali książki mam prośbę: nie oglądajcie filmu!!! Fantazja scenarzystów zawiodła ich bowiem nieco zbyt daleko w wypełnianiu miejsc niedookreślenia powieści. Dzisiaj przy jej lekturze można się zrelaksować i pośmiać, pamiętać jednak należy, w jakiej epoce została napisana i jakie wyzwania stawiano wówczas przed tego typu literaturą.
   Zaznaczyć też należy, iż Rodziewiczówna miała specyficzny zwyczaj pisarski: pisała powieść tylko raz i nigdy więcej do niej nie zaglądała - nie poprawiała, nie robiła redakcji, nie korygowała niejasności - jest to ciekawostka, która wiele mówi o jej warsztacie i, bądź co bądź, talencie pisarskim. Napisać w ten sposób ponad 30 powieści - to imponujące. Nic dziwnego, że zazdrościł jej lekkości pióra sam Żeromski, który czytając "Między ustami a brzegiem pucharu" rzucał co i raz książką, powodowany ślepą zawiścią, zwłaszcza jeśli chodzi o sprawność w pisaniu dialogów.
   Nic więc dziwnego, iż wizyta Rodziewiczówny w Wielkopolsce była wielkim wydarzeniem. Gdy uznana już wówczas pisarka (miała wtedy bowiem ponad 60 lat i wiele bestsellerów na koncie) przybyła do Wielkopolski twierdzono, iż spotkanie to ma związek z jej jubileuszem, nieco może przed czasem, lecz to właśnie Poznań „chciał być pierwszy”. Pisarka przyjechała 2 października, na dworcu kolejowym powitały ją setki osób, poczty sztandarowe, przedstawicielki związków kobiecych i organizacji, a nawet Sekcja Żeńska Polskiego Związku Kolejarzy ze sztandarem! W sali restauracyjnej dworca (było tam takie coś - całkiem reprezentacyjne, dzisiaj tylko Strabaksy i Makdonaldy) powitano pisarkę oficjalnie, przemówieniami, kwiatami, a potem odwieziono do Bazaru, gdzie powitań ciąg dalszy ciągnął się aż do ciemnej nocy! Pisarka zapewne jechała dorożką, choć w Poznaniu „chodziły” już wtedy po ulicach liczne lokomobile, powodując wiele wypadków, zwłaszcza z końmi dorożkarskimi, które trudno przystosowywały się do nowych, mechanicznych towarzyszy.
   Następnego dnia autorka "Dewajtisa" zwiedziła miasto, rozmawiała z chorym już wówczas arcybiskupem Dalborem, zaś po obiedzie przyjmowała hołdy delegacji młodzieżowych i drużyn harcerskich. Zwiedzanie objęło nie tylko „żelazny program turystyczny”, tzn. Ratusz, Zamek i Stary Rynek, lecz także, a może przede wszystkim całkiem nowy Dział Etnograficzny Muzeum Wielkopolskiego. To arcyciekawe miejsce z pasjonującą historią, która jest godna przypomnienia.
   Kilka lat wcześniej poznańska działaczka, radczyni Helena Cichowiczowa założyła sobie, iż pozbiera z okolicznych podpoznańskich wsi eksponaty tzw. „ludoznawcze”: stare, regionalne, tradycyjne wyroby, narzędzia, ubrania, sprzęt rolniczy, końskie uprzęże - słowem wszystko to, co dzisiaj gromadzimy w skansenach. Wtedy była to myśl zupełnie nowa, a i niewielu było w stanie pojąć cel i sens takiego zbieractwa. Radczyni jednak z uporem odwiedzała okoliczne wsie wielkopolskie i - różnymi sobie tylko znanymi sposobami - „wygarniała” z chat co wartościowsze eksponaty. To była ostatnia chwila, ostatni dzwonek - nie było w ogóle bowiem świadomości, iż starocie te mogą przedstawiać jakąkolwiek wartość. W szlachetnym tym zbieractwie towarzyszyła Radczyni jej córka, Wiesława, która niedługo potem stała się autorką pierwszej na Ziemiach Polskich monografii na temat koronczarstwa.
   Zgromadzone w ten sposób zbiory stanowiły wspaniały i wartościowy zapis życia wielkopolskiej wsi, który rozrastał się i powiększał o kolejne eksponaty i wkrótce przestał mieścić się w gościnnych salach Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk. Gdy więc zorganizowało się w nowym budynku (dzisiaj już „starym budynku”) Muzeum Wielkopolskie (dzisiaj Narodowe) postanowiono tam umieścić również i tę wystawę. Uroczyste otwarcie odbyło się w maju 1921 roku. Było co oglądać! Dość wspomnieć, iż sama tylko hrabina Ludwika Mycielska z Gałowa podarowała szafę ze strojami szamotulskimi, a ileż było kołowrotków, instrumentów muzycznych, nakryć głowy, narzędzi!!! Przedmioty codziennego użytku wzbogacono rękodziełem artystycznym: rzeźbami, koronkami, snycerką. Zawrót głowy! Nic więc dziwnego, iż zachwycona wystawą i pieczołowitym podejściem do kwestii etnograficznej Rodziewiczówna po powrocie do domu wystosowała specjalny list, w którym dziękowała tyleż za możliwość zwiedzenia ekspozycji, co za sam fakt jej zorganizowania.
   Ale wróćmy do pierwszej soboty października 1925 roku. Po obiedzie odbyło się również prywatne przyjęcie na cześć pisarki w mieszkaniu posłanki Zofii Sokolnickiej na ulicy Ogrodowej. Wieczorem zaś - wielka feta w Auli Uniwersyteckiej! Czego tam nie było! Występy chórów, grano Szopena, przemówienia, wręczono pisarce wieniec z polskich kwiatów polnych i zbóż, oraz - gwóźdź programu: autorka sama odczytała jedno z opowiadań ze zbioru "Niedobitowski z granicznego bastionu". Ten zbiorek był dla Polaków rzeczą bardzo politycznie niepoprawną i dość egzotyczną. Opowiadał o życiu na Kresach RP po odzyskaniu niepodległości, o trudnych relacjach z tamtejszą ludnością, o błędach w polskiej polityce realizowanej na tamtym obszarze. Książka ta jest niewątpliwie dość krytyczna w stosunku do działań ówczesnego rządu polskiego, jak podkreślają jednak świadectwa słuchaczy - w auli tego wieczoru publiczność była przede wszystkim wzruszona. Oklaskom nie było końca! Licznie zgromadzeni poznaniacy nie tylko dziękowali pisarce za ten wieczór wzruszeń, lecz za wszystkie jej książki, które i my dzisiaj możemy czytać.
   Jasne, że wiele z nich „przeterminowało” się w sposób okrutny, że niektóre fragmenty są doprawdy kuriozalne - nie tędy droga. Czytajmy je, szukając świadectw ubiegłego życia, czytajmy jak opowieść etnograficzną, jakbyśmy zwiedzali zbiory „ludoznawcze” - z sympatią, uśmiechem, wyrozumieniem. Prawda jest bowiem taka, że i my - ludzie tabletów i smartfonów - możemy się z jej książek (a także z jej biografii) wiele nauczyć.
   Gdy w 1937 roku wydawano w Poznaniu Księgę Jubileuszową z okazji XXV-lecia zbiorów ludoznawczych im. Heleny i Wiesławy Cichowicz, umieszczono na jej wstępie znaczące motto, które stać by się mogło i myślą przewodnią pisarstwa Rodziewiczówny: „Obce rzeczy wiedzieć - dobrze jest, swoje - obowiązek”.

***

Serdecznie dziękujemy za pomoc pracownikom Sekcji Rękopisów Książnicy Pomorskiej w Szczecinie
i udostępnienie naszej redakcji skanu karty pocztowej z rękopisem Marii Rodziewiczówny
(kartka z 23.03.1937 r., sygnatura - Rkps.500)  

Ostatnio zmienianyniedziela, 29 listopad 2015 17:07
  • Oceń ten artykuł
    (7 głosów)
  • Dział: Felietony
  • Czytany 3166 razy

Od kilku lat mieszkanka małej wioski nad Wartą, na obrzeżach Żerkowsko-Czeszewskiego Parku Krajobrazowego. Obdarzona swoistym poczuciem humoru i nadto wykształconym zmysłem obserwacji, krąży między wsią (gdzie mieszka), a miastem (gdzie pracuje). Publicznie - doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa na Wydziale Filologii Polskiej i Klasycznej UAM, pracuje z cudzoziemcami ucząc ich języka, kultury, historii i literatury polskiej. Prywatnie - miłośniczka wegetarianizmu, zabłoconych kaloszy, leśnych duktów i swojego psa Kruczka. Nie ma telewizora, lubi czytać w plenerze, prowadzi blog o wiejskim życiu, nocami wypieka orkiszowy chleb. Od niedawna podziwia Wielkopolskę z siodła. Dla czytelników portalu wielkopolska-country prześwietla swój rodzinny region pod względem pisarsko-poetyckich ciekawostek w cyklu felietonów "Literacka Wielkopolska".

Skomentuj

Powrót na górę
Nasz portal wykorzystuje pliki cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na wykorzystywanie plików cookies w zakresie odpowiadającym konfiguracji Twojej przeglądarki. Więcej o naszej Polityce prywatności