"Literacka Wielkopolska" cz. 8 - "Nigdy bym nie uwierzyła, gdybym się nie urodziła" - Kórnicka zagadka literacka

Była taka poetka, która - choć poczęta w Kuźnicach - urodziła się w Kórniku (no, prawie). Kto zgadł? To podpowiem dalej: Była taka poetka, która napisała słynny wiersz o kocie, a potem dostała Nagrodę Nobla? Kto zgadł? Wszyscy zgadli? Brawo. To Wisława Szymborska. W nagrodę za tak pięknie rozwiązaną zagadkę opowiem dzisiaj gawędę o Wisławie Szymborskiej i jej związkach z Wielkopolską.

   Za podróż „w brzuchu mamy” z Zakopanego do Kórnika (choć właściwie do Bnina, który dzisiaj jest częścią Kórnika) odpowiada osobiście właściciel obu dóbr ziemskich - hrabia Władysław Zamoyski. Jak to możliwe? Bardzo prosto. Otóż ojciec poetki, Wincenty Szymborski, był jego rządcą w dobrach zakopiańskich od roku 1904. Wcześniej natomiast pracował w ich administracji. Do Zakopanego przyjechał ze strachu przed gruźlicą, która zabrała mu matkę. A choć gimnazjum kończył w Kaliszu (oczywiście Męskie Klasyczne, czyli i moją szkołę - dziś I LO im. A. Asnyka), kolejne 30 lat spędził w górach. Okazało się jednak, iż powietrze górskie, tak dobre na płuca, niekoniecznie sprzyja sercu. Gdy więc zaczął chorować na ataki „dusznicy sercowej” w 1922 roku, lekarze orzekli, że w połowie „zawdzięcza” schorzenie miejscu zamieszkania i nakazali szybki wyjazd. Stąd Szymborski zmienić musiał miejsce pracy - pozostając wciąż w dobrach Zamoyskiego. Tym razem jednak do administrowania przypadł Wincentemu Kórnik. Nie na długo, gdyż w roku 1924 hrabia Zamoyski umarł, a Wincenty wkrótce przeszedł na emeryturę i rodzina przeniosła się do Torunia.
   Ojciec Szymborskiej zmarł, gdy miała lat 13. Jak sama mówiła, kochała ojca „miłością histeryczną”. Był to również jej pierwszy mecenas i czytelnik - płacił regularnie 20 groszy za każdy utwór poetycki, o ile nie zawierał elementów zwierzeń i pesymistycznych nastrojów. Poetka pamięta więc ojca jako emeryta, który miał dla niej dużo czasu. Ale wcześniej był niesamowicie czynnym człowiekiem: pełnym zapału organizatorem, politykiem endecji, uczestnikiem ruchów patriotycznych, znajomym całej niemalże zakopiańskiej bohemy. Wszystkie inwestycje i działania ówczesnego Zakopanego przejść musiały przez ręce administratora Szymborskiego: szkoła, kolej z Chabówki, wodociąg, Muzeum Tatrzańskie, powalone przez wiatry lasy, powstanie TOPR, tor bobslejowy... Sam chętnie wędrował po górach, a już obowiązkowo latem codziennie kąpał się w Morskim Oku, szczęściarz, nie?
   Szczęście sprzyjało mu również w miłości. W 1915 roku, a
więc stosunkowo późno, poznał swoją przyszłą żonę - Annę Rottermundównę, siostrzenicę proboszcza z Szaflar. Z właściwym sobie poczuciem humoru (które tak pięknie wprowadziła w świat poezji jego córka), pisał o kłopotach gospodarskich w lasach i swoim ożenku do Zygmunta Celichowskiego:

„Ogromne szkody w lasach powstałe przez wiatry sprawiają nam dużo kłopotu. […] Wprawdzie mamy 60 jeńców pruskich, ale to kłopotliwy robotnik, zwłaszcza że dużo chcieliby jeść, a o artykuły żywności trudno, a i z powodu niedostatecznego obucia nie chcą wychodzić na robotę. […] Przez kilkanaście tygodni mieliśmy coś koni wojskowych, lecz gdy ułani wprawili się już do wożenia, zabrano nam ich. […]
Z powodu tych wszystkich kłopotów straciłem głowę i... ożeniłem się. […] A było to tak! Podczas inwazji schroniła się do Kuźnic kancelarya ks. Kazimierza Lubomirskiego, w której pracowała dorodna panna nazwiskiem Anna Rottermundówna. Ponieważ dziewczynie zdawało się, że po wojnie mężczyzn nie będzie, przeto postanowiła wyjść za mąż za starszego, byle tylko starą panna nie zostawać. No i ponieważ co kobieta chce, to i Pan Bóg tego chce, więc 17 lutego ożeniłem się. Posagu naturalnie nie wziąłem.”

   Miał wtenczas lat 47, żona zaś była o całe 20 lat młodsza. Pod choinkę, 24 grudnia, dostali prezent w postaci pierwszego dziecka, starszej siostry Wisławy, Marii Nawoji (która przyszła na świat w Kuźnicach i zwykła była mówić, że jest „najwyżej urodzoną panną w Polsce”). Młodsze dziecko, Maria Wisława Anna, przyszło na świat już na nizinach.
   Rodzina w Kórniku mieszkała krótko. Nie było możliwości, by poetka zapamiętała cokolwiek z Kórnika, z trudem wszak przypominała sobie realia toruńskie. Dopiero Kraków zapisał się w jej pamięci - w końcu zamieszkała w nim prawdopodobnie w roku 1929, więc już jako sześciolatka. Piszę „prawdopodobnie”, gdyż poetka w ogóle nie przywiązywała uwagi do dat, do faktów z przeszłości swej rodziny, często myliła wydarzenia czy osoby lub otwarcie mówiła, że „nie pamięta”. Wbrew pozorom, dużo łatwiej dziś ustalić datację niektórych wydarzeń z życia Mickiewicza niż z życia, współczesnej nam przecież, Szymborskiej.
   Kórnik jest w poezji Szymborskiej pawie zupełnie nieobecny, poza wierszem pt. "Rozpoczęta opowieść" w szwedzkim przekładzie. W polskim oryginale mamy fragment „zawezwijmy depeszą babcię z Zabierzowa” - co ma być zabezpieczeniem ostatecznym na czas połogu. Slawista Leonard Neuger stwierdził jednak, że nazwa ta dla szwedzkiego ucha brzmieć będzie raczej złowróżbnie i zaproponował zamianę na jakąś szwedzką nazwę, poetka postanowiła wymienić ją jednak na Kórnik, co skwapliwie zrobił tłumacz Anders Bodegård. Próżno zatem tropić wielkopolskie ślady onomastyczne w jej poezji. Odwiedziła miejsce swego urodzenia dopiero w 50 lat po przyjściu na świat. O Kórnickim Muzeum w Zamku rzekła: 

"Podoba mi się to muzeum, taki groch z kapustą, takie właśnie lubię. Porcelana tam skromna, nie ma klejnotów. Zamoyscy skąpili nawet na portrety. To był rodzaj surowo pojętego patriotyzmu."

   Do archiwum Biblioteki PAN już jednak nie poszła, nie czytała wielu listów swego ojca, które są tam przechowywane, nie oglądała też zdjęcia, na którym siedzi on w uciesznej, a jakże twarzowej pozie (to ten w pumpach) na zboczu górskim, wsparty na ramionach swych tatrzańskich przyjaciół - Medarda Kozłowskiego (to ten z wypomadowanymi wąsami) i Franciszka Kosińskiego (to ten w meloniku i binoklach).
   Poetka, odbierając doktorat honoris causa w auli Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, zaznaczyła:

„Urodziłam się na Ziemi Wielkopolskiej. I tutaj, na tej ziemi, odnajduję za każdym razem swoje pierwsze ujrzane w życiu krajobrazy. Tutaj było - i jeszcze jest, choć mniejsze - moje pierwsze jezioro, pierwszy las, pierwsza łąka i chmury. A to zalega w pamięci najgłębiej i chronione jest w niej jak wielka, uszczęśliwiająca tajemnica”
.

   Jej znajomi także o tym pamiętali i potrafili przypomnieć sobie te wiadomości w najmniej oczekiwanym momencie. Mistrzem był zapewne Maciej Słomczyński, z którym Szymborska wiele lat mieszkała po sąsiedzku w „kamienicy literatów” na Krupniczej w Krakowie. Obowiązkowym punktem spotkań było wówczas pisanie limeryków, tworzenie ich na poczekaniu, przerzucanie się żartami słownymi. Niepokonany był tu sam Słomczyński, który będąc rewelacyjnym tłumaczem i sprawnym pisarzem, bez trudu tworzył na poczekaniu co tylko zamówiło u niego „towarzystwo”, np. taki limeryk dedykowany Szymborskiej, którego początek jedynie znamy z jego wspomnień: 

„Pewnej poetki z miasta Kórnik/ idolem był przodownik-górnik”.  

   Wtórował mu Jacek Baluch w limeryku o jej postępującej karierze:

W nędznej szopie narodzona, w Kórniku,
nie przywykła żyć na świeczniku.
Niegdyś Pigoń z Komborni w świat,
Dziś Szymborska podąża w ślad
za wieszczami, co tkwią na pomniku.

   Kórnik, choć szybko przez poetkę opuszczony, często wspominała, jako miejsce ważne, jako miejsce, w którym i przed jej narodzeniem rosły te same drzewa, które rosną i teraz. Drzewa te, gdyby mogły mówić, powiedziałyby nam, że jako niemowlę straszliwie płakała i podobno niańki często się zmieniały, bo nie mogły tego wytrzymać. Dziś stoi tam ławeczka poświęcona jej pamięci - postać poetki opiera się o nią delikatnie, a na ławeczce - kot. Kot siedzący na fragmencie rękopisu wiersza, który jest jednym z najlepiej znanych utworów Szymborskiej - Kot w pustym mieszkaniu:

[...]
Niech no on tylko wróci,
niech no się pokaże.
Już on się dowie,
że tak z kotem nie można.
Będzie się szło w jego stronę
jakby się wcale nie chciało,
pomalutku,
na bardzo obrażonych łapach.
I żadnych skoków pisków na początek.

   Sympatia do kotów towarzyszyła nie tyle jednak samej poetce, ile jej wieloletniemu partnerowi, świetnemu prozaikowi i mistrzowi formy opowiadania, Kornelowi Filipowiczowi. To właśnie jego opowiadanie pt. "Kot w mokrej trawie", zamieszczone w zbiorku pod tym samym tytułem z roku 1977 było inspiracją do powstania wiersza, który poetka napisała po śmierci partnera. Koty były dla Filipowicza bardzo ważnymi towarzyszami życia, a on sam był ich wnikliwym i ciepłym obserwatorem. I - o ile poetka nie miała w domu kotów - w jego mieszkaniu były prawie zawsze. Ten wiersz, tak ważny dla nas, był również bardzo osobisty dla Wisławy Szymborskiej - nigdy nie czytała go na wieczorach autorskich.
   Kornel Filipowicz jest również bohaterem wielu opowieści i przygód wędkarskich, biwakowych, turystycznych. A kto kojarzy jego zdjęcie z pracowni w mieszkaniu zawalonym po sufit książkami i papierami, dla równowagi niech obejrzy te, na których oboje z Wisławą Szymborską siedzą gdzieś nad wodą, przy turystycznym kocherze i pod źle naciągniętym tropikiem. On - zapalony wędkarz, ona - czekająca z patelnią na „rybę” (w zanadrzu zawsze miała jednak zawsze konserwę ze szprotem). Tak spędzali wakacje. Również i w Wielkopolsce. Jak wspomina Lech Siuda, lekarz z Buku, często organizował im wypoczynek, starając się, by „było pięknie i niedrogo - bo pani Wisława nie była bogata”. Często zatem wybierał leśniczówki, dbał o miejsca grzybne i jagodowe pola, no i o tę „rybę” na patelnię. Były to okolice Wolsztyna, Leszna.
   Gdybym to ja miała projektować tę ławeczkę, zrobiłabym ją właśnie taką - nad jeziorem, z tą patelnią (najczęściej pustą, bo Filipowicz sztuki mniejsze niż 20 cm wrzucał z powrotem do wody), gdy Wisława jest uśmiechnięta, a on skupiony na spławiku. Między nimi jedno miejsce dla przypadkowego turysty, który chciałby uczestniczyć w tych najintymniejszych chwilach wspólnej radości dwojga artystów słowa. Niechby się tam wcisnął na moment między nich, popatrzył na wody kórnickiego jeziora i niechby mu się przypomniała chociażby ta strofa, sama w sobie warta Nobla:

Jak okiem sięgnąć, panuje tu chwila.
Jedna z tych ziemskich chwil
proszonych, żeby trwały.

***

Na zdjęciu głównym dom w Kórniku, w którym urodziła się Wisława Szymborska.

Serdecznie dziękujemy Fundacji Wisławy Szymborskiej oraz Bibliotece Kórnickiej za udostępnienie nam zdjęć ze swoich archiwów.

Ostatnio zmienianyponiedziałek, 10 sierpień 2015 13:53
  • Oceń ten artykuł
    (5 głosów)
  • Dział: Felietony
  • Czytany 3857 razy

Od kilku lat mieszkanka małej wioski nad Wartą, na obrzeżach Żerkowsko-Czeszewskiego Parku Krajobrazowego. Obdarzona swoistym poczuciem humoru i nadto wykształconym zmysłem obserwacji, krąży między wsią (gdzie mieszka), a miastem (gdzie pracuje). Publicznie - doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa na Wydziale Filologii Polskiej i Klasycznej UAM, pracuje z cudzoziemcami ucząc ich języka, kultury, historii i literatury polskiej. Prywatnie - miłośniczka wegetarianizmu, zabłoconych kaloszy, leśnych duktów i swojego psa Kruczka. Nie ma telewizora, lubi czytać w plenerze, prowadzi blog o wiejskim życiu, nocami wypieka orkiszowy chleb. Od niedawna podziwia Wielkopolskę z siodła. Dla czytelników portalu wielkopolska-country prześwietla swój rodzinny region pod względem pisarsko-poetyckich ciekawostek w cyklu felietonów "Literacka Wielkopolska".

Skomentuj

Powrót na górę
Nasz portal wykorzystuje pliki cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na wykorzystywanie plików cookies w zakresie odpowiadającym konfiguracji Twojej przeglądarki. Więcej o naszej Polityce prywatności