"Literacka Wielkopolska" cz. 9 - Kaliska młodość Marii Konopnickiej

Jedną z pisarek, która najściślej bywa wiązana z Kaliszem jest autorka "Roty". O jej pobycie w mieście świadczy nie tylko tablica pamiątkowa na jednym z domów przy Placu Kilińskiego, lecz także okazały pomnik przedstawiający Marię Konopnicką w otoczeniu dzieci, jaki znajduje się u zbiegu ulic Legionów i Nowy Świat. Kaliszanie darzą pisarkę wielką estymą, zdawać by się mogło, iż mieszkała tu ona długo i że to właśnie tu powstały wszystkim znane opowieści o Sierotce Marysi i krasnoludkach. Niestety - było zupełnie inaczej.

   Maria Wasiłowska, bo tak nazywała się z domu, przyjechała z Suwałk, gdy jej ojciec został zatrudniony na stanowisku „obrońcy prokuratorii w guberni warszawskiej w trybunale kaliskim”. Zgodnie z drobiazgowymi ustaleniami Heleny Sutarzewicz podróż ta odbyła się w roku 1849. Z jednego krańca Królestwa Polskiego na drugi jechało się wówczas wyłącznie końmi, co z całym dobytkiem i pięciorgiem dzieci zapewne nie było łatwe. Mała Maria miała wtedy mniej więcej siedem lat.
   Zrozumieć musimy, iż mówiąc o Marii Konopnickiej mówimy o pisarce szalenie dyskretnej, by wręcz nie powiedzieć tajemniczej - o sobie mówiła niewiele, nie pisała o rzeczach, które naprawdę ją martwiły, skrywała wszystko w sobie i nie pozwalała, by sekrety rodzinne wydostały się poza cztery ściany. Na domiar biedy (gdyż bardzo to utrudniało życie biografom) - notorycznie i z premedytacją oszukiwała w kwestii podawania swego wieku. Oczywiście, jak nietrudno się domyślić, odmładzała się. Stąd też - aż do czasów odnalezienia jej metryki urodzenia w 1918 roku - wielu badaczy uwierzyło pisarce, która odjęła sobie całe 4 lata i podawała oficjalnie za datę narodzin rok 1846. Jej młodzieńczy wygląd zresztą, który udało jej się zachować na bardzo długo, w całej rozciągłości ją do takich szachrajstw upoważniał. Strategia pozowania na „młodą dziewczynę” była też jedną ze stosowanych przez nią metod utrzymywania odpowiednich znajomości (w ten sposób np. krygowała się notorycznie w korespondencji z Sienkiewiczem) i należała do szerszego spectrum masek stosowanych przez pisarkę. Pisarkę, która w chwili debiutu miała lat 34, urodziła ośmioro dzieci, z czego przeżyło sześcioro, od 13 lat była mężatką i bardzo długo mieszkała w Kaliszu - nie - to ostatnie to tylko moje pobożne życzenie i kiepska próba wprowadzenia czytelnika w błąd. Konopnicka bowiem prawie wcale w Kaliszu nie mieszkała, mieszkała tam Wasiłowska, a zaraz po ślubie pisarka opuściła miasto i tak kończy się 13-letni okres kaliski w jej życiu. Czas zapewne bardzo ważny, bo przecież to pora młodości, nauki, zbierania wrażeń, kształtowania się wrażliwości.    
   Wyjazd na wieś wiele w jej postrzeganiu świata zmienił, cały czas pamiętać jednak należy, iż Kalisz pozostał w ciągłej orbicie jej zainteresowań, wizyt, powrotów - było to miasto stanowiące wciąż centrum życia dla ówczesnej południowo-wschodniej Wielkopolski. Oddali się od niego bardziej dopiero po wyjeździe do Warszawy. Co mógł jej zaoferować zatem Kalisz w połowie XIX wieku?
   Przede wszystkim - zgódźmy się co do generaliów - Kalisz jest miastem o niespotykanym klimacie - nawet dzisiaj, (co piszę z pełną odpowiedzialnością, choć wiele dotąd zrobiono, żeby go „popsuć”). Nieoczywista odwieczność przemawia tu do wyobraźni, a cierpienie i zagłada, jaka spotkała miasto w czasie tak I, jak i II wojny światowej, robią do dziś piorunujące wrażenie. Kalisz pozostał sobą: grodem starym, porżniętym ciekami wodnymi, osadą-wyspą, pełną uroczych mostków i przesmyków, starych kamienic, wspaniałych kościołów i klasztorów, oraz uroczej zieleni. Dzisiejszy Kalisz zupełnie nie zdaje sobie sprawy, jaki ma potencjał - może i dobrze, bo inaczej zjechałby tu tłum turystów i nie można już byłoby tak spokojnie „poflanerować” sobie po Kanonickiej i Plantach, popatrzeć na wyrastające jedna za drugą wieże kościołów, na architektoniczne nakładanie się na siebie kolejnych murów… Kalisz to wymarzone miejsce dla kogoś, kto lubi wieczorne spacery po parku i pełne wzruszeń wizyty na cmentarzach. Czy było tak i w XIX wieku?
   Miasto wówczas nie było duże, miało niewiele ponad 12 tysięcy mieszkańców, z czego 1/3 stanowili Żydzi. Dzielnica żydowska była niemalże w samym centrum miasta, a choć panujące w niej warunki bytowe były opłakane, gdy w roku 1852 ogarnął ją pożar, mieszkańcy udzielali sobie pomocy wzajemnej bez względu na wyznanie. Wielka łuna musiała być obserwowana także przez małą Marysię, a solidarność z pogorzelcami wskazuje jednoznacznie na dobre stosunki między kaliskimi Żydami a chrześcijanami. Niektórzy zatem twierdza, iż obecność wątków żydowskich w twórczości Konopnickiej zawdzięczamy Kaliszowi.
   Kalisz był też miastem, w którym odbywało się wiele koncertów, dobroczynnych wydarzeń kulturalnych i przedstawień teatralnych. A choć niewiele wiemy o edukacji młodej poetki, wieść o śmierci jej matki zanieśli do odpowiednich organów dwaj nauczyciele: „nauczyciel prywatny” i „nauczyciel muzyki”, co zapewne świadczyć może o tym, iż pozostawali oni w bliskich stosunkach z rodziną Wasiłowskich. Tak czy inaczej - grób matki poetki, Scholastyki, już dziś nie istnieje, co można zrzucić jedynie na karby zaniedbań, jakich dopuszczały się kolejne władze miasta. Śmierć tę upamiętnia w Kaliszu tablica pamiątkowa znajdująca się w kościele jezuitów, która podaje zresztą błędną datę dzienną jej zgonu. Dziwi nieco to, że Maria wspomina matkę mgliście, niewyraźnie, a wręcz twierdzi, iż odumarła ją wcześnie i niewiele pamięta - jak to? miała przecież 12 lat! Biografowie tłumaczą sobie ten fakt wielką tęsknotą, jaką Maria czuła do matki, wiecznie zajętej rodzeństwem bądź ojcem - przypomnijmy: Scholastyka umarła jako 34-letnia kobieta, od 13 lat rodząca regularnie mnie więcej co dwa lata kolejnego potomka - ile czasu miała dla swoich najstarszych dzieci? Czy ten stosunek do matki zaważył na jej macierzyństwie? Wiadomo, że była matką wymagająca, apodyktyczną i nie znosiła sprzeciwu. Co nie wyklucza przecież pewnego rodzaju ciepła, jakie bez wątpienia znaleźć można w jej utworach dla dzieci. Ale - jej burzliwe stosunki z własnymi dziećmi, wyparcie się córki Heleny (chorej psychicznie), skrzętne ukrywanie jej nieślubnego dziecka, wreszcie jednoznacznie negatywny stosunek do aktorskiego powołania swojej córki Laury (późniejszej Pytlińskiej, jednej z najlepszych aktorek scen polskich tych czasów) - wszystko to nas nie interesuje. Trzymajmy się czasów kaliskich.
   Po śmierci żony ojciec Marii nieco zdziwaczał - źródła zgodnie podają, iż zamienił dom w coś na kształt klasztoru czy dość ponurej świątyni, w której prowadził życie dość surowe. Dom był cichy, po pracy zaś oddawano się lekturze i modlitwie. Ojciec czytał głośno córkom, co na zawsze ukształtowało poetyckie ucho Marii. Wiemy na pewno, że wśród studiowanych pozycji była Biblia, Naśladowanie Chrystusa, inne dzieła religijne, filozofia i poezja - tu: Kochanowski, Brodziński, Mickiewicz, Słowacki, Karpiński... Niewesoły był to dom, rok spędzony na warszawskiej pensji wydał się zatem młodej dziewczynie miłym urozmaiceniem nieco monotonnej rzeczywistości. Ojca postrzegała jako oddanego pracy mistyka, który prowadzał dzieci na spacery na cmentarz, do grobu matki, a w domu wprowadzał klasztorne wychowanie. Było w tym nieco z pogardy i wiele z pychy, o czym pisała poetka 1902 roku: „Był niby mały i pokorny, w rzeczy samej - jak to dziś widzę - dumny i zamknięty w sobie. Prawie mizantrop, wychował nas zgoła bez kobiecego wpływu”. Niechybnie jednak zaszczepił poetce zamiłowanie do studiowania historii i autorów klasycznych. Wszystko to, co Maria wyniosła z rodzinnego domu zaprocentowało potem w czasie rocznego pobytu na pensji sióstr sakramentek w Warszawie, który - choć trwał tylko rok - dostarczył jej wielu wzruszeń i odkrył jej niezwykle sprawne pióro. Poza tym - to właśnie od tego czasu datuje się znajomość z Elizą Orzeszkową, która stanie się później jedną z ważniejszych partnerek epistolograficznego dialogu.
   Młoda Maria zatem w Kaliszu po prostu się „formowała” - kształtowało się jej podejście do świata, definiował gust i styl patrzenia na świat. Jako „kraj lat dziecinnych” będzie często wspominany, rzadziej jednak już odwiedzany. Miasto pojawia się później również w jej korespondencji, np. z mężem, gdy wysyła mu pieniądze, ale przestrzega go przed wydaniem ich na wyjazd do Kalisza. Zapewne bała się zgubnego wpływu kaliskiego życia towarzyskiego, które toczyło się swoim, wcale niezupełnie skromnym, torem.
   Jako młodziutka dziewczyna jak kania dżdżu pragnęła zabaw i rozrywki, na co ojciec zgadzał się niechętnie, w końcu jednak pozwalał jej na uczestnictwo w zjazdach w okolicznych majątkach, w kuligach i w zabawach dobroczynnych, których wiele w owym czasie organizowano w mieście. Szczególnie lubiano kuligi, które w okolicach Kalisza organizowane były w jednym miejscu, bez przejeżdżania korowodem sań z dworu do dworu, ba! - niekiedy nawet organizowano je bez sań! Sanie nie były bowiem w ogóle potrzebne! Niezbędne były dobre humory, muzyka i gościnni gospodarze, którzy użyczali swego domu na potrzeby maskarady - co jak co bowiem, ale bal maskowy był absolutnie czynnikiem sine qua non. Kaliszanie przebierali się więc najczęściej w... stroje krakowskie! W takim, doprawdy egzotycznym w Wielkopolsce, anturażu śpiewano piosenki i recytowano wiersze, a wszystko pod przewodnictwem wodzireja, na potrzeby kuligu zwanego „sołtysem”. Konopnicka bawiła się w ten sposób również i po ślubie, czego dowodem niech będzie zbiór wczesnych wierszy (zachowały się z nich jedynie jakieś ułomki), wyśpiewywanych przez znanego szeroko w kaliskiem „sołtysa” Kornelego Dąbrowskiego z Krask - najbliższego sąsiada poetki. Ich spółka autorsko-aktorska wykryta została dopiero dużo później, gdy Dąbrowski zwierzył się z „układu” sąsiedzkiego Zygmuntowi Wyganowskiemu, a ten włączył tę historię do swoich wspomnień o pisarce.
   Miasto raz po raz wraca w korespondencji Konopnickiej, głównie w związku z pocztą, jaką z niego otrzymuje, z interesami, które załatwia w tym mieście, rzadko jednak znaleźć je można na kartach jej utworów. Poza poezją, najbardziej kaliskimi tekstami są dwie nowele - "Urbanowa" i "Józefowa". "Józefowa" to opowieść o wodziarce kaliskiej. Według słów samej pisarki, pierwowzorem postaci literackiej była niejaka Gapina, której podpis ku swej radości Konopnicka znalazła pod jednym z jubileuszowych adresów z roku 1902. W noweli postać ta nosi nazwisko Glapina, a czytelnik jest pewien, iż protagonistka umiera - w rzeczywistości jednak Gapina cieszyła się dobrym zdrowiem. Musiała też cenić i lubić dzieła Konopnickiej, skoro wysłała poetce jubileuszowy telegram.
   Urbanowa przynosi ciekawą uwagę o innym literackim domu Kalisza - o domu państwa Asnyków, rodziców Adama. Zapewne był to dom dostatni, gdzie kuchnia prowadzona była wzorowo (o czym świadczy zamiłowanie poety do dobrego gotowania), a garnki były „żelazne” (chociażby z tego powodu, iż ojciec poety, Kazimierz Asnyk przez pewien czas był właścicielem sklepu żelaznego). Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że tytułowa bohaterka króciutkiej nowelki jest służącą, która wspomina co i rusz swoją służbę „u Państwa Asnyk”, i jako wielkie nieszczęście widzi swoje obecne miejsce pracy (w domu dziecięcej narratorki). Teraz bowiem garnki się tłuką niemalże codziennie, o żelaznych nawet myśleć niepodobna, a kuchenne tragedie zdarzają się co chwilę - głównie z powodu nałogu alkoholowego Urbanowej. Nowela maluje przygnębiający obraz warunków życia i pracy w dawnym Kaliszu (jeśli pójść tropem nazwiska Asnyk, rzecz musi się dziać tamże). Urbanowa ma syna, Janka, który terminuje u szewca Pospieszyńskiego (realia zgadzają się kaliskimi, Pospieszyński miał warsztat na dzisiejszej ulicy Chodyńskiego). Matka co tydzień w sobotę myje i ubiera czysto 16-letniego syna, a obserwująca to narratorka dziwi się łzom kobiety. Bo dlaczego Urbanowa płacze? - czy dlatego, że koszula taka brudna, czy dlatego, że syn taki chudy, czy dlatego, że tak posiniaczony? Wszystko zmienia dopiero widok Janka grającego Heroda w jasełkach - w płaszczu królewskim ze starej poszwy i koronie ze złotka wynagradza on Urbanowej wszystkie trudy nędznej egzystencji. Jasełka i przygotowanie szopki były zadaniem dla młodych szewców kaliskich, co tym bardziej utwierdza nas w przekonaniu, iż zastosowany klucz terytorialny jest słuszny.
   W poezji Kalisz spotykamy częściej - zawsze jako „sieroce gniazdo”, miejsce, gdzie pisarka chciałaby „gospodę i dom cichy między swymi”. Z wierszy tych można wnosić, iż Kalisz został poetce bardzo bliski, choć trudno raczej uznać te strofy za szczególnie oryginalne:

                Tak tułaczej łodzi bieg
                O rodzinny trąci brzeg -
                Lecz wśród nocy i wśród ciszy
                Nikt żeglarza nie usłyszy,
                Gdy pozdrawia ziemię swą
                krzykiem - albo łzą.
                                      ("Kaliszowi")

Być może trzeba byłoby skomponować do tego wiersza muzykę, jak do "Roty"? Oprócz tego znanego wszystkim utworu, Konopnicka jest również autorką innego tekstu, do którego napisano muzykę, tekstu również dedykowanemu ukochanemu miastu. Wiersz powstał w Żarnowcu, w roku 1907 i został pomieszczony wraz z nutami skomponowanego doń przez Henryka Melcera poloneza w Kalendarzu na Szkołę Rzemiosł na rok 1909, wydanym w październiku 1908 roku. Wraz z Konopnicką opublikował tam swoje strofy również Stefan Giller, bohater jednej z wcześniejszych gawęd. Nie umiem czytać nut i prezentuję pierwszy stopień umuzykalnienia, tzn. słyszę, kiedy grają a kiedy nie grają, ale rytm tej strofki brzmi obiecująco:

                                                            Jeśliś ze mną jest złączony,
                                                            Grodzie stary, grodzie mój,
                                                            Patrzaj pilno w one strony,
                                                            Gdzie straż trzymasz swej korony,
                                                            Na placówce pilnie stój!

   Wisława Szymborska, o której pisałam ostatnio, w recenzji wyboru poezji zamieszczonej w cyklu "Lektury nadobowiązkowe" w roku 1967 pisze, iż najwybitniejszym utworem Marii Konopnickiej jest według niej dzieło "O krasnoludkach i sierotce Marysi", które - jako proza - nie zostało włączone do omawianego zbioru poezji. Niewątpliwie jednak zasługuje na miejsce w panteonie jako „arcydziełko sentymentu i dowcipu”. Ja dodam od siebie, iż polecam również inną, mniej znaną książeczkę, której akcja toczy się na ziemi kaliskiej i opowiada o wesołym życiu wiejskim gromadki dzieci (bohaterami są jej własne pociechy) - to "Jak się dzieci w Bronowie bawiły" - zapraszam do lektury i do Kalisza rzecz jasna.

***
Serdecznie dziękujemy
Panu Pawłowi Bukowskiemu - dyrektorowi Muzeum Marii Konopnickiej w Żarnowcu
oraz
Panu Adamowi Borowiakowi - dyrektorowi Miejskiej Biblioteki Publicznej im. Adama Asnyka w Kaliszu 
za udostępnienie materiałów ilustracyjnych.

Ostatnio zmienianyniedziela, 29 listopad 2015 17:05
  • Oceń ten artykuł
    (4 głosów)
  • Dział: Felietony
  • Czytany 3075 razy

Od kilku lat mieszkanka małej wioski nad Wartą, na obrzeżach Żerkowsko-Czeszewskiego Parku Krajobrazowego. Obdarzona swoistym poczuciem humoru i nadto wykształconym zmysłem obserwacji, krąży między wsią (gdzie mieszka), a miastem (gdzie pracuje). Publicznie - doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa na Wydziale Filologii Polskiej i Klasycznej UAM, pracuje z cudzoziemcami ucząc ich języka, kultury, historii i literatury polskiej. Prywatnie - miłośniczka wegetarianizmu, zabłoconych kaloszy, leśnych duktów i swojego psa Kruczka. Nie ma telewizora, lubi czytać w plenerze, prowadzi blog o wiejskim życiu, nocami wypieka orkiszowy chleb. Od niedawna podziwia Wielkopolskę z siodła. Dla czytelników portalu wielkopolska-country prześwietla swój rodzinny region pod względem pisarsko-poetyckich ciekawostek w cyklu felietonów "Literacka Wielkopolska".

Skomentuj

Powrót na górę
Nasz portal wykorzystuje pliki cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na wykorzystywanie plików cookies w zakresie odpowiadającym konfiguracji Twojej przeglądarki. Więcej o naszej Polityce prywatności
Zgadzam się