Rykowisko - teatr życia czy śmierci?

Kocham las całym sobą. Zawsze pędzę do lasu jak na skrzydłach, choć wcale nie czuję się tu jak u siebie. Jestem tu gościem, widzem, który przyszedł tu nieproszony, bez biletu i bezczelnie, ukradkiem podgląda, co dzieje się na zielonej, tajemniczej scenie.

    Akt I „Upadek”
Dzień zaczął się ciężko. Pobudka o 3.00 w nocy nie wróży nic dobrego. Po chwili radość jak gorąca stara whisky zalewa moje wnętrze. Tak rozgrzała mnie myśl, że choć to dopiero czwartek, to ja już zaczynam weekend w lesie, z synem, na rybach, na rykowisku! Niestety potem wszystko szlag trafia! Takie dzisiejsze czasy - syn wybrał kolegów i gry komputerowe. Sam więc ruszam w las i nad jezioro. Wściekły, zły, pełen niedobrej energii, uspokajam się dopiero, gdy docieram do swojej ”dziczy”. Chore ciśnienie opada. Idę na ryby, gdzie trzy godziny wędkowania mijają jak 10 minut. Pięknie ubarwiony, wielki lin został dziś złowiony i zwrócony wodzie, mojej wodzie… 
   Siedzę w ciemności na działkowym tarasie, wpatrując się w ciemny las. Jest smutnie cichy, nie ryczą, ale nic to .... Najważniejsze, że odpoczywam, że na moment odczuwam spokój i ukojenie. Na moment… bo chciwa ludzkość, żądna coraz większej ilości adrenaliny przerywa ją. Hałas, disco polo, techno, quady, paralotnie, drony, motory, nawet helikoptery i psy ujadające na każdej działce - im mniejszy tym głośniejszy. Po co? Pamiętam starych sąsiadów, którzy cenili spokój - dziś ich już nie ma. Dzieci posprzedawały ukochaną ziemię ojców… Siedzą teraz w swych autach, coraz cichszych, ekologicznych, lecz z radiami coraz głośniejszymi. „Czerwony jak cegła” profanowany w basach brzmi przygnębiająco. A może to ja się starzeję? Dziś się zachwycam przyrodą, a kiedyś zły duch we mnie mieszkał, tak samo głośny, niedobry, bez zasad i czci… Może, ale dziś nie rozumiem, po co ludzie uciekają z miasta do lasu, zabierając ze sobą ten cały hałas. Po 22.00 robi się w końcu cicho. Część towarzystwa szybko się popiła i chłodny wieczór już mieszczuchom przeszkadza, pochowali się w swych domkach. Z odczuciem ulgi zadzieram głowę w niebo i patrzę w tysiące jasnych gwiazd, tylko tu jeszcze tak ich dużo widać. Żadnego ryku nie słyszę. Czyżby za wcześnie? A może to las, który dawał co roku tyle życia, dziś jest martwy? Puch! Bam! Buch! Bum! Naliczyłem cztery strzały, potem przestałem i dopijając kieliszek czystej wódki, która dziś wyjątkowo źle smakuje, jak stęchła woda, poszedłem spać.

   Akt II „Nadzieja”
Dziś jest już inaczej, lepiej, radośniej. Nadzieja, wiara i nowy duch wstąpiły we mnie razem z kubkiem kawy wypitej o 5.00 rano. Wstałem radosny, ba powiedziałbym nawet szczęśliwy. Puściłem oko wstającemu słonku i już jestem pewien, że dziś zobaczę mojego byczka. Mam nadzieję, że jeszcze żyje, że przetrwał. Byłaby to już nasza trzyletnia znajomość. Siedzę już w ukryciu i czekam, nasłuchuję, wciągając głęboko leśne, świeże powietrze. Upalny sierpień i początek września sprawiły, że rykowisko się opóźnia. A może…? Wstrząsającą myśl, wkręcającą się w moją głowę jak wiertło wiertarki odrzucam z obrzydzeniem. Będzie dobrze, przetrwały, jest ich dużo - pocieszam się. Mimo, że nic się nie dzieje na mojej magicznej polanie, minuty mijają błyskawicznie. Bawię się wybornie, obserwując ten tajemniczy las. Minęły już dwie godziny, a słońce przygrzewa tak samo mocno jak lipcu. Uff, jak gorąco, muszę ściągnąć polar.
   Nagle kątem oka zauważam, że coś się poruszyło w krzakach. Nie, to nie jeleń, za mały. Rzeczywiście nie był to bynio tylko rudy chytry lis. Dobre i to - pomyślałem, kierując w jego stronę lufę teleobiektywu wielką jak armata. Lis był piękny, może nie aż tak rudy jak w bajkach, ale za to z zadziwiająco wielką i puszystą kitą. Wąchał, wypatrywał, szukał, tropił i chciał się najeść. Nagle: hop i bam - pierwszy raz widziałem jak lis poluje. Skoczył prawie pionowo w górę na wysokość metra i pyk ląduje na czterech łapach trzymając już w pysku zdobycz i to jaką? Ślepego kreta! Obserwowałem go przez wizjer aparatu, co chwilę robiąc mu zdjęcia. Nie mogłem zrozumieć dlaczego, choć tak sprawnie poluje i co rusz pałaszuje jakiegoś gryzonia, wciąż jest tak chudy. Powinien być przecież liskiem-grubaskiem. Po chwili zniknął w zaroślach, a ja nawet za nim nie zatęskniłem.
   Zbliżała się 9.00, późno i gorąco, czas wracać. Jeszcze na rykowisko za wcześnie. Nagle „Ryyyyyyyyy!” Jest! Pierwszy ryk w tym roku! Niby nieśmiały, ale potężny, oznajmiający, że tu jest, że On tu rządzi, że chce mnie przywitać, że nie mam się martwić, że żyje. Nie widziałem Go, siedział w zaroślach jeszcze zbyt płochliwy. Może jutro się pokaże? Opuściłem kryjówkę i choć ich nie widziałem byłem szczęśliwy - są tu. A po donośnym ryku sądzę, że wśród nich jest mój przyjaciel, starszy, silniejszy, mądrzejszy i piękniejszy. Oby to był On. Do domu wracałem radosny. Wczoraj byłem pełen złej energii, dziś już pozytywnej, więc życie oddało, co dobrego miało.
   Cały w skowronkach narwałem działkowych winogron i zrobiłem z nich wino. Potem poszedłem na ryby. Dwa ukochane liny, które  złowiłem, oczywiście pływają dalej. Rozgłaszają na całe jezioro, że mój haczyk jest najsłodszy i inne ryby nie mają się, czego obawiać, bo zawsze wrócę im wolność. Gdy wróciłem z wędkowania, winko już pracowało, słodko bąbęlkując. Zasnąłem jak dziecko z uśmiechem na twarzy. Jutro trzeci dzień…

   Akt III „Król”
Pędzę już lasem na rykowisko, ustawiając parametry w aparacie. Nagle tajemniczy głos w mojej duszy powiedział: „Stój! Spójrz! Stoi!”. Posłuchałem tego rozkazu i zamarłem ze strachu pomieszanego z radością. Stał tam On, kilkanaście metrów ode mnie i patrzył mi w twarz. Zamurowało mnie tak, że nawet nie pomyślałem o zrobieniu zdjęcia. Parsknął, wypuszczając parę z nozdrzy, obrócił się i odszedł dostojnie. Minęła dłuższa chwila zanim doszedłem do siebie. Osłupiały, szczęśliwy i zarazem zły, że nie pyknąłem mu fotki, udałem się do swej kryjówki. Siedzę w niej, a nie lubię, bo się strasznie nudzę jak nic się nie dzieje. Ja muszę wciąż wędrować, poznając nowe zakamarki swojej puszczy.
   Nagle z zarośli wyszły ogromne dziki, niby nieufne, niby podejrzliwe, a wcinały korzenie ryjąc w trawie z niebywałą zawziętością i pochrumkiwały z dużym zadowoleniem. Ciszę chłodnego, mglistego poranka przerywają co chwila ryki jelenia. Wydaje mi się, że to tylko jeden osobnik, który nawet nie ma godnego rywala w pobliżu. Później okazało się, że się myliłem.
   Byk się oddalał, więc ja zdesperowany wyciągnąłem z plecaka swą tajną broń, czyli wabik na jelenie - amerykański prezent od żony. Swoją drogą, zaczynam podejrzewać, że zbyt ochoczo mnie ona wysyła do tego lasu… Nie wiem czy zadziała, niespecjalnie w niego wierzę, ale dmucham w ustnik z całych sił. Odgłos też zbytnio nie jest podobny do ryku jelenia, a może źle w niego dmę? Chyba zadziałało - jeleń wraca. Znów pełen nadziei wpatruje się zarośla. Niestety, mimo dalszego „trąbienia” po chwili odchodzi.
   Dość ślęczenia w jednym miejscu, idę za nim - postanowiłem. Wiem, że udaje się na drugą polanę, bardziej niedostępną, dziką, otoczoną mokradłami. Pomiędzy drzewami widzę brązowe cielska łań, jego kochanek. Ryki słychać dookoła mnie coraz głośniejsze. Serce wali, ręce drżą, dyszę coraz szybciej. Czuję respekt, szacunek i najzwyczajniej na świecie - tak prosto po ludzku - boję się, ale przecież kocham te emocje.
   Wychodzę z lasu na polanę. Włosy stają mi dęba, nogi się trzęsą, dawka adrenaliny uderza do serca i mózgu, bo oto stoi On. Klękam natychmiastowo, chowając się za krzakiem, ale przecież musiał mnie zobaczyć, a wcześniej wyczuć. Teraz zauważam też młodsze i słabsze byki.  On chodzi nerwowo i porykując daje młodzieży do zrozumienia, że to Jego czas, że On tu jest jeszcze królem, że żyje i ma zamiar żyć jeszcze długo. Robię mu zdjęcia, ale ręce tak mocno drżą od emocji, że nie mogę utrzymać aparatu nieruchomo. Cwaniak jednak jest ostrożny, chowa się za krzakami lub w trzcinie. Po chwili serce skacze mi do gardła! Inny byk spłoszony przebiegł obok mnie! Boże, co ja wyprawiam!? - pomyślałem cały wypełniony strachem, ale tym pozytywnym. Boję się, ale jestem ciekawy, chcę na nie patrzeć, więc brnę w to dalej.
   Czuję się już pewnie, zbyt pewnie. Mogę stracić czujność, a na pewno straciłem już odpowiedzialność. Przecież jakby któreś z tych potężnych zwierząt, liczących ponad 200 kilogramów, ruszyło na mnie, to niechybnie przebiłoby mnie ostrym jak rycerska kopia porożem bez trudu. Jednak to mnie nie odstrasza, zostaję i widzę już wszystko dokładnie. Zaczynam rozumieć rykowisko i podchodzę jeszcze bliżej. Jestem wśród nich. Czy stałem się już członkiem ich stada? A może to ja wariuję? Czuję dziwną wieź, gdy one tak stoją wokół i patrzą na mnie. Dlaczego nie uciekają? Czyżby tak bardzo są ogłupione pożądaniem i chucią? A może wyczuwają, że z mojej strony nic im nie grozi? Może czują moją sympatię? Nie wiem ... , ale jestem szczęśliwy.
   Po pewnym czasie Króla zaczyna jednak irytować moja obecność i wcale mu się nie dziwię. Chowa się w trzcinowisku i ryczy przeraźliwie. Wydaje mi się, że rzuca mi wiązkę przekleństw. Młode jelenie też gdzieś znikają.
   Zostaję sam. Sam, ale szczęśliwy, odurzony przygodą, która nie każdego może spotkać w dzisiejszej cywilizacji, gdzie beton, stal i szkło wdzierają się nawet do Puszczy…

Ostatnio zmienianyśroda, 17 październik 2018 14:05

Z wykształcenia informatyk, na co dzień zajmuje się prowadzeniem sklepu wędkarskiego. Uwielbia kontakt z przyrodą. Wędkuje, chodzi po łąkach, lasach i obserwuje naturę. Dzięki dużej cierpliwości i wrażliwości, dostrzega to co umyka innym. Swoje niezwykłe spotkania z przyrodą - z dużym powodzeniem - zatrzymuje w fotograficznym kadrze. Wspaniały gawędziarz. Chętnie dzieli się swoją wiedzą, doświadczeniem i wrażeniami na łamach poznańskiego pisma "Tu Naramowice", ogólnopolskiego czasopisma "Poznaj Swój Kraj" oraz na portalu wielkopolska-country.pl, zarażając innych swoją przyrodniczą i turystyczną pasją.

Skomentuj

Powrót na górę
Nasz portal wykorzystuje pliki cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na wykorzystywanie plików cookies w zakresie odpowiadającym konfiguracji Twojej przeglądarki. Więcej o naszej Polityce prywatności
Zgadzam się