Zapomniane dworki w Wielkopolsce - Cz. 2. Radojewo - romantyczne i magiczne

W zeszłym tygodniu byłem na plenerze fotograficznym w Radojewie. Kiedyś była to wieś - dziś dzielnica Poznania, leżąca na północnych skrajach miasta. Wszyscy uczestnicy spotkania przyjechali tu specjalnie, by fotografować rannika zimowego - żółtego kwiatka. Rośnie on w zaniedbanym parku dworskim obok pałacu, o którym dziś będzie mowa. Nie byłbym sobą, gdybym nie odłączył się od grupy - nie dla mnie statyczne fotografowanie w jednym miejscu. Ja muszę chodzić, zwiedzać i przeżywać przygody, które oczywiście i tu mnie dopadły.

   Zachwycam się dworkami i pałacami wielkopolskimi. Mają nie tylko ciekawą architekturę, ale skrywają zwykle w swych murach tajemniczą historię, legendę lub ślady bytności jakiejś znanej postaci. W pierwszej części niniejszego cyklu opisałem popadający w ruinę dworek w Budziszewku, w którym przebywał kilka dni Adam Mickiewicz, przeżywając burzliwy romans z Konstancją Łubieńską. Choć w liceum wieszcza naszego, jak każdy „szanujący” się uczeń nie trawiłem, dziś go uwielbiam - choć ziółko z Adasia było niemałe. Przyznam, że ciekawi mnie prywatne życie poety, a szczególnie jego wielkopolskie epizody. Ileż to ja kłótni odbyłem z córką, która twierdzi że Mickiewicz był egoistą, cynikiem, a nawet szowinistą i że liczyły się dla niego tylko puste miłostki… Jakie tam puste! - oponuję - Przecież dzięki tym romansom powstały wybitne utwory! - krzyczę niemal. Ona hołubi Słowackiego, którego ja znów uważam za nudziarza pierwszej wody. 
   Wróćmy jednak do Radojewa i pleneru fotograficznego, który okazał się pełen przygód. Przygodami nazywam spotkania z leśnymi, dzikimi zwierzętami, no bo przecież nie każdy może być piratem. Spojrzałem w połyskujące pięknie oczyska urodziwej panny, czyli sarenki „ubranej” jeszcze w zimową suknię. Stanąłem oko w oko z lisem, którego pokonałem spojrzeniem groźnym, jakie miewają tylko mężczyźni po czterdziestce. Uwieczniłem na matrycy aparatu rzadkiego dzięcioła czarnego. Sam zresztą byłem jak dzięcioł, bo migawka mojego aparatu stukała rytmicznie i natarczywie. Gdzieś z oddali doszedł mnie klangor żurawi, a to dla mnie znak, że wiosna już niechybnie nadchodzi. W średniowieczu klangor żurawi uważano za narzekanie cierpiących dusz, a północnoamerykańscy Indianie kojarzyli te ptaki ze zdradą, ale dla mnie żurawie wrzaski są niczym miód na uszy. Podążyłem za nimi. Wreszcie zobaczyłem te cudne ptaki, ale cyknąłem kilka zdjęć i spłoszone odleciały. Ach, co za widok! Nie tylko żurawie spłoszyłem, zakochaną parę również. No cóż, teraz już wiedziałem na pewno, że wiosna tuż, tuż - serca nie oszukasz. 
   Przechodząc obok starego cmentarzyka rodziny von Treskow, na moment uspokoiłem swą wewnętrzną radość. Magiczne to miejsce i tajemnicze. Przystanąłem i zadumałem nad ludzkim losem i kruchością życia.    Pomaszerowałem wolno dalej, lekko zasmucony i wyciszony. Jednak iskrę, która na nowo wznieciła we mnie ogień radości, wznieciła głośna sójka. Najpierw uwodziła mnie swym słodkim śpiewem, by po chwili skrzecząc na cały las wyzwać mnie od najgorszych. Ech... 
   Jestem ponownie przy pałacu i widzę obraz nędzy i rozpaczy. Budynek zbudowano na początku XIX w., jako pałac myśliwski, potem kilkukrotnie modernizowany. Obecną formę na planie prostokąta zawdzięcza przebudowie z około 1847 r. Pałac nie w moim guście, choć zaprojektowany prawdopodobnie przez znanego architekta Karla Friedricha Schinkla, popularnego wśród wielkopolskiego ziemiaństwa. Obiekt jest dwukondygnacyjny. W środkowej elewacji znajduje się wgłębny portyk, oparty na czterech kwadratowych filarach, dach jest naczółkowy, okna prostokątne. Do środka nie sposób się dostać, wszystko zabite metalowymi płytami, ale zapewne wnętrze też w stanie ruiny. W czasach świetności na parterze znajdowały się sypialnie właścicieli i ich gości. Piętro służyło celom reprezentacyjnym, znajdowała się tu sala balowa. Na poddaszu spała służba. Ponoć zachowała się stolarka drzwiowa, balustrada schodów, posadzki taflowe oraz kominki. Niestety, osobiście nie mogłem się o tym przekonać. 
   Sama wieś wzmiankowana była już w 1252 r., gdy Przemysł I i Bolesław darowali dobra Cysterkom. Przez ponad pół tysiąclecia Radojewo należało do Cysterek. Dopiero po konfiskacie dokonanej przez Prusaków wieś zakupił bogaty kupiec berliński Sigismund Otto Joseph von Treskow. W rękach rodziny Radojewo znajdowało się do końca II wojny światowej. Była to jedna z licznych wielkopolskich posiadłości zamożnej sagi von Treskow.  
   Park, po którym spacerowałem ma 15 ha. Położony jest wśród wcale niemałych wzniesień, z których rozpościerał się kiedyś wspaniały widok na dolinę Warty. Dziś, niestety, zasłaniają go drzewa. Von Treskow wybrał to miejsce na swą siedzibę nieprzypadkowo. Chciał bowiem codziennie napawać się widokiem swoje innej posiadłości w Owińskach, znajdującej się po drugiej stronie rzeki.
   Jak na romantyczną świątynię dumania przystało, w parku znajdowały się różne ciekawe budowle ogrodowe, stawy, kapliczka oraz sztuczne ruiny. Do dziś zachowała się tylko wieża zbudowana z cegieł radojewskiej cegielni, która dostarczała też materiały na budowę fortyfikacji Poznania.
   Mimo zaniedbania, park wciąż jest niezwykle piękny. O świcie wygląda tajemniczo. Ba, nawet mrocznie. Nic więc dziwnego, że powstały wokół niego legemdy, które dodały temu miejscu aurę niedostępności. 
   Jedna z nich dotyczy wzniesienia zwanego Krzyżową Górą, gdzie leżą dwa wielkie głazy. Jaka siła je tam wciągnęła nie wiadomo... Może nie sprawiły tego nieczyste siły lub ręka ludzka, a zaklęcie? Dawno, dawno temu spotykało się na wzgórzu dwoje młodych ludzi. On - zakochany do szaleństwa owczarz, przystojny młokos, lecz groszem „nieśmierdzący”. Ona - prześliczna białowłosa o oczach tak niebieskich jak źródełko bijące na stoku tego wzgórza, do którego zachodziła po wodę. Jej matka przeciwna tym schadzkom wykrzyknęła pewnego razu w gniewie: „A żebyś niewdzięcznico tam razem z nim w kamień się przemieniła!” Jakaś zła moc, duch lub czart sprawiły, że przekleństwo matki się spełniło. Młodzi na zawsze głazami pozostaną, a matka oszalała z rozpaczy i poczucia winy. Podobno czasem w nocy słychać dochodzące z tego wzgórza nawoływania młodych, proszących o ratunek. Inna z mrocznych, radojewskich historii opowiada o von Treskowie - masonie, który z diabłem gadał. Ludzie mówili też o duchu poruszającym się konno po okolicznych lasach i łąkach, straszącego demonicznym śmiechem odwiedzających Radojewo turystów.
   Miejsce to jest z pewnością godne polecenia. Wiele tu atrakcji: pałac, park, ruiny, cudowne kwiaty na wiosnę, przebogata liczba gatunków ciekawych ptaków i ssaków, urokliwy cmentarzyk, a wszystko to spowite mgłą tajemnic i legend. Chyba to wystarczy, by zabrać rodzinę na ciekawy spacer, poodychać świeżym powietrzem i magią …

   Źródła:
1. Marcin Płóciennik: Dwory i pałace powiatu poznańskiego, Poznań
2. Jerzy Sobczak: Księga zjaw i duchów wielkopolskich, czyli przewodnik po nawiedzanych zamkach, pałacach i dworach oraz innych tajemnych miejscach, Poznań 2008.

Ostatnio zmienianyponiedziałek, 11 marzec 2019 21:05

Z wykształcenia informatyk, na co dzień zajmuje się prowadzeniem sklepu wędkarskiego. Uwielbia kontakt z przyrodą. Wędkuje, chodzi po łąkach, lasach i obserwuje naturę. Dzięki dużej cierpliwości i wrażliwości, dostrzega to co umyka innym. Swoje niezwykłe spotkania z przyrodą - z dużym powodzeniem - zatrzymuje w fotograficznym kadrze. Wspaniały gawędziarz. Chętnie dzieli się swoją wiedzą, doświadczeniem i wrażeniami na łamach poznańskiego pisma "Tu Naramowice", ogólnopolskiego czasopisma "Poznaj Swój Kraj" oraz na portalu wielkopolska-country.pl, zarażając innych swoją przyrodniczą i turystyczną pasją.

Więcej w tej kategorii: « Międzychodzki Kłapouchy

Skomentuj

Powrót na górę
Nasz portal wykorzystuje pliki cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na wykorzystywanie plików cookies w zakresie odpowiadającym konfiguracji Twojej przeglądarki. Więcej o naszej Polityce prywatności
Zgadzam się