Dzwonowo - miasto widmo

Myślałem, że fotografia, wędkarstwo, numizmatyka, astronomia to najważniejsze pasje w moim życiu. Myliłem się. W tym roku powróciłem, w pewnym sensie, do dziecięcych lat - do czasów, gdy "latałem" po polach i lasach z saperką w poszukiwaniu skarbów. Skarby? Jakie skarby?- zapytacie pewnie. Archeologiczne - odpowiadam.

   Moją nową pasją jest archeologia, a ponieważ nie mam odpowiedniego wykształcenia jest to dokładniej eksploracja z wykrywaczem metali. Część osób nie znających tematu pomyśli: To te oszołomy, co biegają ubrani w moro po polach i lasach, szukając bomb. Zapewniam, że nie tak to wygląda. To w większości ludzie pasji, miłośnicy historii, totalnie odjechani i pozytywnie zakręceni ekscentrycy. Tylko poszukiwacz wie, co to jest za uczucie, gdy usłyszy dzwięk w słuchawkach lub w garści ziemi dostrzeże zarys starej monety - ten specyficzny dreszcz jest silną i bezcenną emocją..., ale nie tylko o adrenalinę tu chodzi. Oni chcą ratować zabytki "gnijące" w ziemi. Ale Uwaga! Polskie prawo dotyczące eksploratacji to jeden wielki bubel, traktujący miłośników poszukiwań jako potencjalnych złodziei. Nawet celowe poszukiwanie, nie tylko zabytków, traktowane jest już jako przestępstwo - Polska to chyba jedyny kraj na świecie z takim prawem... A więc kto chciałby zacząć przygodę z detektorem metali, najpierw musi zapoznać się z "tym" prawem i uzyskać odpowiednie pozwolenia. Ciężkie jest życie poszukiwacza, a że sam chciałbym robić to legalnie, więc pytam właścicieli działek, na których mam zamiar działać z wykrywaczem, o zgodę na takie poszukiwania. Kolejnym krokiem jest wypełnienie odpowiednich wniosków i wysłanie ich do konserwatora zabytków. Na razie muszę zadowolić się, jakże cennymi, zaproszeniami na wykopaliska od pewnego archeologa, którego miałem przyjemność poznać kilka lat temu w Dzwonowie - średniowiecznym zaginionym mieście. Otóż tenże archeolog - docent Marcin Krzepkowski z Uniwersytetu Adama Mickiewicza, współpracujący z Muzeum w Wągrowcu, odkrywca miasta w Dzwonowie, osady średniowiecznej w Gaci i kościoła braci czeskich w Skokach - zaprosił mnie do swych badań w Dzwonowie. Ucieszyłem się jak dziecko i z niecierpliwością, charakteryzującą raczej ośmiolatka niż "doświadczonego" mężczyznę w średnim wieku, oczekiwałem rozpoczęcia badań. Najpierw jednak trochę historii...
   Gniezno, Poznań, Kraków, Kalisz... - to piękne miasta, które powstały dawno, dawno temu, istnieją do dziś i będą istnieć jeszcze bardzo długo. Jednak nie wszystkim mogło być to dane. Wiele starych miast i osad zostało opuszczonych, zniszczonych przez wojenne zawieruchy, pożary, powodzie... Nie dotrwały do naszych czasów, a przecież też mogły stać się wielkimi ośrodkami miejskimi. Zaginione miasta, miasta - widma, opuszczone, skryte nieraz tuż pod powierzchnią ziemi, strzeżone przez gęste lasy lub zwodzicielskie bagna. Nie widać ich, są nieznane, nieodkryte, ale jednak są! Istnieją nie tylko w romantycznej greckiej krainie, amazońskiej puszczy czy pod piaskami zdradzieckiej Sahary, ale też tu - u nas, w naszym kraju. Mamy bowiem swoje Machu Picchu, Angkor czy Chichen Itza! Może nie są to tak wspaniałe miejsca, ale też ciekawe, pasjonujące, tajemnicze i przede wszystkim nasze. W ostatnich latach w Polsce odkryto (lub powrócono do badań) wiele takich miast i osad. Najciekawszymi i najważniejszymi są: średniowieczna Nieszawa naprzeciwko Torunia, wielkopolskie Dzwonowo, Gać i Stare Szamotuły, Barnówko, Stary Rypiń, Barczewko, czyli krzyżacki Alt Wartenburg - wymieniać można bez końca. 
   Może nie każdy o tym wie, ale w dzisiejszych czasach nie szuka się już zaginionych miast za pomocą łopaty. Dziś wykorzystuje się najnowsze technologie, wynalazki i urządzenia. Powstała nawet nowa gałąź archeologii - tzw. archeologia lotnicza. Tak w skrócie: polega ona na analizie i interpretacji zdjęć lotniczych powierzchni ziemi w celu wykrycia stanowisk archeologicznych. Zdjęcia wykonuje się z pokładów samolotów i coraz bardziej popularnych i nowoczesnych dronów. Dzięki tej metodzie odkryto tysiące stanowisk archeologicznych, które datowane są od pradziejów po nawet wiek XX. Oczywiście nie są to same miasta i osady, ale głównie: cmentarze, kurhany, grodziska, umocnieinia itd. Pierwszym odkryciem zanikłego miasta średniowiecznego w Polsce było zlokalizowanie z "lotu ptaka" w 2006 r. we wsi Mutowo Starych Szamotuł. Potem poszło już lawinowo,a dziś - przy okazji kolejnych badań archeologicznych - zajmiemy się jednym z ciekawszych średniowiecznych miast Dzwonowem, leżącym w gminie Skoki, w powiecie wągrowieckim.
   Badania te odbyły się w lipcu i sierpniu 2019 r. pod przewodnictwem wyżej już wspomnianego archeologa Marcina Krzepkowskiego, który odkrył to miasto w 2014 r., przeglądając ortofotomapy na serwisie geoportalu. Zauważył wtedy, że wyróżniki roślinne (crop marks) demaskują ukryte w ziemi obiekty, ujawniające się poprzez zróżnicowaną intensywność rosnących roślin na polu. Tam, gdzie pod ziemią mógł się znajdować wykop, rośliny są bardziej zielone, gęste i bujne, a tam gdzie jest np. mur lub fundament - rośliny są mniejsze, rzadsze, o bardziej wyblakłym kolorze. Najłatwiej można zobaczyć takie wyróżniki roślin na przełomie czerwca i lipca, bowiem wtedy roślinność jest najbardziej rozwinięta. Potem, podczas wstępnych oględzin, już w terenie, znaleziono liczną ceramikę, skupiska polepy, węgle drzewne, czyli przetworzone przez człowieka surowce dające niezbite dowody na istnienie tu starego miasta. Pan Marcin Krzepkowski natychmiast powiadomił wielkopolskiego konserwatora zabytków, który jeszcze w tym samym roku zlecił wykonanie badań nieinwazyjnych. Przyniosły one ciekawe odkrycia i spostrzeżenia. Rok później ruszyły prace "pełną gębą", podczas których przebadano niewielką część pozostałości rezydencji rycerskiej, oddalonej od miasta o około 300 m, i fragmenty rynku miasta. Odnaleziono wiele eskopnatów: monety z różnych epok, militaria, elementy ksiąg i pasów, żelazne okucia bram i drzwi, misternie zdobione kafle piecowe itd. Badania kontynuowano w kolejnych latach. Zaowocowały one wieloma ciekawymi znaleziskami, m.in. ponad 200 monetami. W tym roku, po zbadaniu fundamentów wieży warownej, archeolodzy dotarli do piwnic dworu z przełomu XVI i XVII w., która odkryła wiele tajemnic, zadziwiła i dostarczyła jak zwykle wiele pytań. Miałem tę przyjemność uczestniczyć wraz z innymi detektorystami i wspomagać badania przez kilka dni. Odnalazłem ciekawe przedmioty, nauczyłem się wielu rzeczy, których trudno znaleźć w podręcznikach i książkach historycznych, ale przede wszystkim zobaczyłem z bliska jak ciężka jest praca archeologów. 
  Dzwonowo pierwszy, w formie pisemnej, zostało wymienione w 1307 r. pod nazwą Swanow. Nazwa wzięła się najprawdopodobniej od imienia założyciela miasta, a właściwie jeszcze wtedy osady. Przez lata używano różnych form nazwy tej miejscowości. Tak więc dzisiejsze Dzwonowo dawniej zwano: Swano, Swanowo, Zwanow, Zwanowo itp. Nazwa, która przetrwała do dziś wytworzyła się w XVI w. 
   NIe będę wymieniać i opisywać wszystkich właścicieli Dzwonowa, ponieważ jak to wtedy bywało zmieniali się oni bardzo często. Opiszę najważniejsze i nietuzinkowe postacie, które miały charyzmę, władzę i moc. W tym samym dokumencie, w którym po raz pierwszy wymieniona została nazwa miejscowości, pojawiło się nazwisko potężnego właściciela Dobrogosta rodu Nałęczów (był komesem, a nawet wojewodą poznańskim), który zyskał na znaczeniu po poparciu księcia głogowskiego Henryka walczącego z Władysławem Łokietkiem o Wielkopolskę. Po śmierci Henryka w 1316 r. Dobrogost odwrócił się od jego synów podzielających zamiary ojca i przeszedł, choć niechętnie, na stronę Łokietka. Zdecydowało o tym zdanie jego bliższej i dalszej rodziny, opowiadającej się za Łokietkiem. Sojusz ten sprawił, że brandenburczycy, zwolennicy synów Henryka, najechali na siedziby Nałęczów Wronki i Dzwonowo, których i tak nie udało im się zdobyć. Dobrogost popadł w chwilową niełaskę u Władysława Łokietka, ale jako odważny wojownik, człowiek poważany i możny odzyskał wpływy. Dla podkreślenia swego prestiżu i statusu społecznego założył w Dzwonowie prywatne miasto. Zmarł 16 kwietnia 1321 r., a dwór rycerski i miasto przejął jego syn Dzierżykraj, który piastował urząd miecznika. To właśnie za jego rządów Dzwonowo pojawia się pierwszy raz jako miasto w dokumencie z 1348 r. Następnie właścicielami byli Marcin z Dzwonowa - miecznik poznański i kaliski, potem jego syn Mikołaj, który według notatek kronikarza Janka z Czarnkowa, za swe zasługi podczas wojny z Zakonem Krzyżackim w 1411 r. został pasowany na rycerza. Na początku XV w., za rządów rodziny Skockich herbu Nowina, majątek się rozdrobnił. Ponownego scalenia i skupienia w swych rękach terenów parafii dzwonowskiej dokonał Grzegorz Skocki. Przez prawie sto lat od 1562 r. Dzwonowo było w rękach rodziny Rogalińskich herbu Łodzia. W 1668 r. majątek zakupił kasztelan przemęcki Jakub Gocławski. W kolejnych latach dobra dzwonowskie przechodziły z "rąk do rąk". Z ciekawszych właściceli wymienić trzeba starostę nieszczewickiego Antoniego Michała Prusińskiego, który za udział w insurekcji w 1794 r. utracił Dzwonowo wskutek konfiskaty. Jego córce Michalinie udało się odzyskać majątek w 1810 r. Michalina była żoną Stanisława Miączyńskiego pułkownika wojsk Księstwa Warszawskiego, adiutanta księcia Józefa Poniatowskiego. W okresie międzywojennym część folwarczna stała się własnością Nadleśnictwa Łopuchówko. Dziś znajduje się tu tylko kilka małych gospodarstw, a jesienią tuż nad brzegami pobliskiego jeziorka Kuchenka słychać potężne i fascynujące ryki byków jeleni na rykowisku. Jednak najbardziej znanymi osobami pochodzącymi z Dzwonowa byli Sędziwój i Piotr, którzy studiowali w latach trzydziestych XV w. na Uniwersytecie Krakowskim. Szczególnie ten drugi - Piotr zwany Piotr de Swanow, okazał się jednostką wybitną ówczesnego świata polskiej nauki, tworząc tzw. krakowską szkołę astronomiczną. Z jego dzieł korzystał sam Mikołaj Kopernik. Piotr był przodującym przedstawicielem nauk matematycznych i jako jedyny reprezentował Uniwersytet na soborze w Bazylei w 1441 r. Był również prokuratorem sądu biskupiego. Zmarł w 1454 r. 
   Wróćmy do relacji z prac wykopaliskowych, które miały trwać dwa tygodnie; jednak zła pogoda, a właściwie zbyt dobra, bo upały nieźle dawały się we znaki; pokrzyżowała trochę plany i prace potrwały dłużej. Niestety, ja mogłem być tu tylko dwa dni. Było nas kilku, głównie detektoryści ze Stowarzyszenia Wielkopolska Grupa Eksploracyjno-Historyczna "Gniazdo". Każdy z nas dostał od archeologa woreczki strunowe do zabytków i pomarańczowe patyczki - znaczniki, którymi należało oznaczyć miejsce znaleziska i osadzić na nich zabytek w woreczku. Potem archeolog zbierał te artefakty i zaznaczał pozycje na GPS. Od czasu do czasu słychać było okrzyki radości, ależ wtedy skręcałem się z zazdrości, bo sam znajdowałem tylko gwoździe. Nazwałem się nawet "mistrzem gwoździ", choć takich mistrzów, jak się okazało potem, było więcej. Jednak w końcu i mi się bardziej poszczęściło. Udało mi się znaleźć kilka popularnych boratynek, różne aplikacje, kule pistoletowe i wiele innych ciekawych, metalowych przedmiotów wymagających identyfikacji. Najciekawszą rzeczą, którą znalazłem był pięknie zachowany i bogato zdobiony mosiężny naparstek, którego archeolog ocenił na przełom XVI i XVII w. Jeden z eksploratorów szukający w pobliżu jeziorka z grząskiej ziemi wydobył złocone okucie pasa z zachowanym jeszcze kawałkiem skóry. Oprócz popularnych monet boratynek Jana Kazimierza odnaleziono ternara poznańskiego Zygmunta III Wazy z 1615 r. (również moneta), watykańską monetę z 1727r., różne szelągi ryskie i inne. Trafił się ciekawy, tajemniczy pierścień z zagadkowym, wygrawerowanym znakiem, klamry pasów, noże, klucze, fragmenty naczyń kuchennych. Natomiast w piwnicach dworu archeolodzy powoli i z mozołem wydobywali pięknie zdobione kafle piecowe. Piece w tamtych czasach wymieniano co kilkanaście, kilkadziesiąt lat z powodu zmieniającej się mody lub zużycia. Pojawienie się kafli w piwnicach archeolog tłumaczył tym, że prawdopodobnie zawaliła się posadzka. 
   Czas minął jak z "bicza strzelił", a ja mam nadzieję, że jeszcze tu powrócę i nie mogę doczekać się kolejnych badań, na które już mnie zaprosił Marcin Krzepkowski. Dalsze poszukiwania w Dzwonowie ruszą w przyszłym roku, a do tego czeka na mnie jeszcze średniowieczne miasto w Głęboczku i ważna osada w Gaci. 
   Co mnie jeszcze cieszy? Że niedaleko pada jabłko od jabłoni - moja córka Nell chce zostać archeologiem! Ciekaw jestem czy będę miał u niej chody? Zresztą w Dzwonowie była razem ze mną i szczęściara pracowała w głównym wykopie, odnajdując przecudnie zdobione kafle piecowe. Wiele się też nauczyła pod okiem archeologa i na własnej skórze poczuła trud pracy w upale. Nie zniechęciła się...

Ostatnio zmienianyponiedziałek, 18 listopad 2019 23:23
  • Oceń ten artykuł
    (1 głos)
  • Dział: Felietony
  • Czytany 205 razy

Z wykształcenia informatyk, na co dzień zajmuje się prowadzeniem sklepu wędkarskiego. Uwielbia kontakt z przyrodą. Wędkuje, chodzi po łąkach, lasach i obserwuje naturę. Dzięki dużej cierpliwości i wrażliwości, dostrzega to co umyka innym. Swoje niezwykłe spotkania z przyrodą - z dużym powodzeniem - zatrzymuje w fotograficznym kadrze. Wspaniały gawędziarz. Chętnie dzieli się swoją wiedzą, doświadczeniem i wrażeniami na łamach poznańskiego pisma "Tu Naramowice", ogólnopolskiego czasopisma "Poznaj Swój Kraj" oraz na portalu wielkopolska-country.pl, zarażając innych swoją przyrodniczą i turystyczną pasją.

Skomentuj

Powrót na górę
Nasz portal wykorzystuje pliki cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na wykorzystywanie plików cookies w zakresie odpowiadającym konfiguracji Twojej przeglądarki. Więcej o naszej Polityce prywatności
Zgadzam się